Nienawiść do Tuska jest dla prezydenta ważniejsza od Wojska Polskiego
- Sikorski
Gorący temat
03.01.2015
14:45
Już za kilka dni nowy Kongres - całkowicie kontrolowany przez Republikanów - zacznie pracę. Wydawałoby się, że ułożenie politycznych relacji z GOP będzie kluczowym zadaniem dla prezydenta Obamy w ostatnim etapie jego II kadencji. Ale już wkrótce inny temat, ostateczne zamknięcie więzienia w Guantanamo może stać się najważniejszy w amerykańskiej polityce. Obama przyznał kilka tygodni temu, że zrobi wszystko, co w jego mocy, by zamknąć ten ośrodek. Administracja chce w ten sposób zrealizować kluczową obietnicę prezydenta z kampanii w 2008 roku. To element budowania politycznego dziedzictwa prezydenta, tak samo jak m.in. normalizacja relacji z Kubą.
Kampania Obamy 2007/2008 rzadko jest wspominana w amerykańskiej debacie politycznej. Cały czas "w obiegu" są hasła z niej ("Yes, we can") ale są przypominane przede wszystkim w satyryczno-szyderczym kontekście. Obietnice prezydenta - m.in. likwidacja partyjnej polaryzacji i klinczu w Waszyngtonie - są tylko historią. Ale doradcy Obamy doskonale zdają sobie sprawę, że zaczyna się ostatni etap walki o jego polityczne dziedzictwo. Obama będzie w centrum uwagi jeszcze kilka miesięcy. Później media skoncentrują się na kampanii prezydenckiej i np. pojedynku Jeb Bush-Hillary Clinton.
Dlatego w ostatnich miesiącach administracja znacznie zwiększyła tempo transferów więźniów z Guantanamo. Jak pisze "The Hill", tylko od 4 listopada 2014 roku z ośrodka na Kubie udało się przenieść 22 więźniów, czyli więcej niż w latach 2011-2013. W Guantanamo pozostało teraz 127 osób, z czego 59 zostało uznanych za nadających się do transferu np. do Jemenu. 10 jest teraz sądzonych na miejscu w specjalnym wojskowym trybunale. Największy problem jest z pozostałymi więźniami - Obama liczy, że tych, którzy nie będą nadawać się do przeniesienia do innych krajów, uda się umieścić w amerykańskim więzieniu o maksymalnie zaostrzonym rygorze.
To oczywiście wywoła opór Republikanów. Ale Kongres ma w tej sprawie bardzo niewiele do powiedzenia. GOP może atakować prezydenta wskazując na ryzyko, które tkwi w przekazywaniu więźniów np. do Jemenu. Ale w sensie prawnym Obamy nic nie zatrzyma, tego typu kwestie jak Guantanamo należą do domeny władzy wykonawczej. Jeśli tylko jego administracja znajdzie odpowiedni ośrodek w USA, a proces transferu więźniów do innych krajów nie ulegnie zatrzymaniu, to już wkrótce będzie mógł chwalić się, że zrealizował swoją obietnicę sprzed lat i zamknął ośrodek w Guantanamo. I już wkrótce może okazać się, że to będzie głównym tematem politycznym w USA w pierwszych miesiącach nowego roku.
fot. The White House
18:18
Wśród czynników wpływających na kształt systemu partyjnego w Polsce były wybory prezydenckie. To, jak wyglądała scena polityczna, zależało w dużej mierze od tego, jak przebiegały poszczególne elekcje głowy państwa od 1990 roku. Nie inaczej będzie po 2015. Nim jednak przejdziemy do prognozy, przypatrzmy się - chociaż pobieżnie - temu, jak proces formowania systemu partyjnego przez wybory prezydenckie przebiegał do tej pory (po szczegółową analizę odsyłam do mojej książki „Prezydent w Polsce po 1989 r.”, Wydawnictwo Sejmowe, Warszawa 2006.)
Elekcja głowy państwa w 1990 roku zaowocowała – rozpadem obozu „Solidarności”, powstaniem Unii Demokratycznej, dobrym wynikiem SLD w 1991 roku (zasługa niezłego wyniku Cimoszewicza), zmianami w PSL (odsunięcie Bartoszcze, przyjście Pawlaka), wejściem do systemu partyjnego KPN (na bazie wyniku Moczulskiego), powstaniem Partii X.
Wybory 1995 roku przyniosły następujące efekty dla systemu partyjnego: wzmocnienie SLD przez zwycięstwo Kwaśniewskiego, paradoksalnie – zjednoczenie prawicy w AWS, które nie dokonałoby się, gdyby nie przegrana Wałęsy, osłabienie Unii Pracy przez fatalny wynik Zielińskiego, powstanie ROP na bazie dobrego wyniku Olszewskiego, osłabienie pozycji Pawlaka w PSL.
Elekcja 2000 roku skutkowała: dalszym wzmocnieniem SLD, osłabieniem UP (partia ta nie wystawiła własnego kandydata i po 2001 roku skończyła jako przystawka SLD), zniknięciem UW (także nie wystawili swojego kandydata – Rada Krajowa UW zdecydowała o tym głosami 43 do…42), powstaniem Platformy Obywatelskiej (dobry wynik Olechowskiego, plus przyjście ludzi z UW pod wodzą Tuska praz z AWS pod przywództwem Płażyńskiego), rozpadem AWS związanym z upokarzającym wynikiem Krzaklewskiego, powstaniem Prawa i Sprawiedliwości, wzmocnieniem „Samoobrony”.
Wybory prezydenckie 2005 roku przyniosły natomiast dla systemu partyjnego takie oto konsekwencje: wzmocnienie PiS, bipolaryzację sceny politycznej na PiS i PO (zamiast PO-PiSu), wejście „Samoobrony” do władzy wykonawczej, zaniknięcie SdPL, zaniknięcie Partii Demokratycznej – demokraci.pl (słaby wynik Bochniarz), osłabienie SLD (wycofanie się Cimoszewicza).
Po ostatniej elekcji głowy państwa, czyli po 2010 roku, można było zaobserwować następujące jej implikacje: powstanie partii Polska Jest Najważniejsza (skupili się w niej politycy aktywnie działający w sztabie wyborczym Jarosława Kaczyńskiego), wzmocnienie PO przez wygraną Komorowskiego, chwilowe wzmocnienie SLD przez dobry wynik Napieralskiego.
Czym mogą skutkować zatem nadchodzące wybory prezydenckie 2015 roku? Bardzo trudno to prognozować, bowiem nie znamy nawet w przybliżeniu ich wyników. Jeśli jednak założymy, że wygra je Bronisław Komorowski, i to zdecydowanie, to powinny one dać trochę powietrza słabnącej Platformie. I odwrotnie – przegrana Andrzeja Dudy może odebrać wiatru w żaglach prącemu do zwycięstwa w wyborach parlamentarnych PiS-owi. Oba te zjawiska mogą więc skutkować tym, że wygrana partii Jarosława Kaczyńskiego nie będzie tak znacząca, by dać mu samodzielne rządy.
Niewystawienie swego kandydata, rozważane obecnie w PSL, przyniosło już dwóm partiom po 1989 roku efekt, w postaci całkowitej marginalizacji (UP oraz UW). Jeśliby ludowcy naprawdę zdecydowali się na wsparcie obecnego lokatora Belwederu już w pierwszej turze, mogłoby to przynieść fatalne dla tej formacji skutki. PSL jest silniejsze niż były swego czasu UP czy UW i ma bardziej solidne struktury, ale niewystawienie swego kandydata jest igraniem z ogniem. Gdyby naprawdę do tego doszło, to wynik PSL w wyborach parlamentarnych może oscylować nie w okolicach 10%, ale w okolicach progu wyborczego.
Podobnego problemu nie ma Kongres Nowej Prawicy i, pomimo pewnych wahań, wygląda na to, że prezentować go będzie w elekcji prezydenckiej jego lider. A wybory te są stworzone właśnie dla niego. O ile dla KNP elekcja samorządowa była męką (organizacyjną i marketingową), o tyle wybory głowy państwa (najbardziej spersonalizowane ze wszystkich) będą areną do indywidualnych popisów Janusza Korwin – Mikkego. Na powrót będzie on codziennie gościł na ekranach naszych telewizorów i wybudzi się na pewno z drzemki, w jaką zapadł w Brukseli. To zaś powinno pomóc jego partii w przekroczeniu 5% w jesiennej elekcji do Sejmu.
Brak ciekawego kandydata SLD implikować będzie problemy tej partii w elekcji parlamentarnej. Wszystkie nazwiska, które obecnie są na dziennikarskiej giełdzie pokazują, że kandydat Sojuszu może zostać wyprzedzony przez JKM, a to byłoby przykrą niespodzianką dla tej partii. Problemem Leszka Millera jest także świetny wynik jego poprzednika przed pięciu laty. Wówczas to Napieralski zdobył prawie 14% głosów – wynik dziś dla SLD nieosiągalny. Może to zwiastować okres rozliczeń w Sojuszu i koniec epoki Millera (jeśli nie zdoła ona zapewnić SLD udziału w rządzie, wraz z PO i PSL).
Spodziewany słaby wynik Janusza Palikota przypieczętuje zapewne koniec Twojego Ruchu i skutkować będzie wypadnięciem tej formacji z systemu.
Spodziewany słaby wynik Mariana Kowalskiego utrudni, jeśli nie uniemożliwi, Ruchowi Narodowemu osiągnięcie 3% w wyborach parlamentarnych (co, zdaje się, jest ich głównym celem i po to właśnie przekształcają się oni z ruchu w partię polityczną, bowiem tylko partiom przysługują dotacje z budżetu państwa za przekroczenie owych 3%).
Należy spodziewać się walk wewnątrz PO w drugiej połowie tego roku, ale nie będą one związane z elekcją prezydencką. Nawet bardzo dobry wynik Komorowskiego im nie zapobiegnie, bowiem mają one inne przyczyny (rywalizację wewnątrzpartyjną i odejście charyzmatycznego lidera). Odwrotna sytuacja będzie natomiast miała miejsce w PiS – tu z kolei, bez względu na wynik partyjnego kandydata na prezydenta (nawet bardzo słaby), żadnych rozliczeń i przesileń nie należy się spodziewać, bowiem partia rządzona jest żelazną ręką, a wszyscy potencjalni secesjoniści nie kwapią się do comingoutów.
To pokrótce przedstawione konsekwencje dla systemu partyjnego wyborów prezydenckich 2015 roku. Należy do nich podchodzić ostrożnie, bowiem nie znamy jeszcze wyników samej elekcji. Nie ma jednak wątpliwości, że wybory głowy państwa przyniosą pewne konsekwencje dla partii i dla polskiej sceny politycznej. Zawsze tak było – od samego 1990 roku. Więc nie ma powodu, dla którego tym razem miałoby stać się inaczej.
Fot. Eliza Radzikowska-Bialobrzewska/Kancelaria Prezydenta
Nienawiść do Tuska jest dla prezydenta ważniejsza od Wojska Polskiego
- Sikorski
Gorący temat
Nie ma czasu do stracenia
- Czarnek wzywa do realizacji planu NBP ws. 185 mld
live
My się nie zgodzimy na bezprawie
- Szefernaker pytany o sędziów TK
live
Głos rozsądku nie jest słyszalny przez premiera
- Szefernaker o słowach Kosiniaka-Kamysza
Gorący temat
Decyzja przeciwko bezpieczeństwu Polski. Interes partyjny zwyciężył nad odpowiedzialnością
- Kosiniak-Kamysz o wecie Nawrockiego
Gorący temat
Będzie uchwała rządu
- Szłapka o planie B ws. SAFE
Gorący temat
Witaj na 300polityka AI!
Zadaj pytanie, które pomoże Ci lepiej zrozumieć świat polityki, kampanii wyborczych, mediów i strategii. AI odpowie na podstawie wiarygodnych źródeł i aktualnych danych.