Nienawiść do Tuska jest dla prezydenta ważniejsza od Wojska Polskiego
- Sikorski
Gorący temat
20.12.2014
13:30
Wielu z nas zadziwia strach liderów PiS, SLD i PSL przed startem w wyborach prezydenckich. Bo to naprawdę zastanawiające, dlaczego naturalna decyzja, czyli wystawienie swojego szefa w takiej elekcji, jest niepopularna w tych trzech partiach. Ale ów lęk J. Kaczyńskiego, L. Millera i J. Piechocińskiego jest jak najbardziej uzasadniony.
Ten pierwszy najbardziej boi się nie przegranej z B. Komorowskim, ale…z samym sobą sprzed pięciu lat. Wówczas w pierwszej turze Kaczyński uzyskał 36% głosów – wynik obecnie dla niego nieosiągalny. Dziś lider PiS mógłby być szczęśliwy, jeśli zgarnąłby ¼ wszystkich głosów, ale nawet wówczas musiałyby się pojawić pytania o bilans ostatnich pięciu lat. O to, czy nie zostały one przez niego zmarnowane, jeśli osiąga obecnie wynik gorszy, niż wtedy. Dlatego Kaczyński nie kwapił się do startu w elekcji prezydenckiej. Upokorzenie z przegranej z obecnym lokatorem Belwederu było jedynie dodatkowym czynnikiem wstrzymującym go przed podjęciem walki. Najważniejszym faktorem była właśnie niechęć do wystawienia się na kpiny wobec bolesnego faktu, jak bardzo oddalił się on od tego, co zdobył w 2010 roku i jak bardzo przespał ostatnie pięć lat w opozycji. Trzecim, i ostatnim, czynnikiem, który skłonił go do wystawienia A. Dudy, był strach przed tym, że on osobiście osiągnąłby wynik…gorszy od wyników PiS w wyborach 2014 roku do Parlamentu Europejskiego i do sejmików. To mogłoby stanowić zaczyn dyskusji o tym, czy aby na pewno Kaczyński jest lokomotywą swojej partii, czy też raczej – przynajmniej po części – jej obciążeniem.
Prawie dokładnie w ten sam sposób myśli Miller – on także obawia się dwóch rzeczy: tego, że jego osobisty wynik mógłby być słabszy, niż wyniki partii w dwóch elekcjach 2014 roku, a także tego, że jego wynik mógłby być słabszy, niż świetny „wykon” G. Napieralskiego z 2010 roku. W tym pierwszym wymiarze strach Millera nie jest aż tak wielki, bo też rezultaty SLD w elekcji do PE i do sejmików nie były zachwycające, więc jego lider mógłby zrobić wynik do nich zbliżony (choć to mała pociecha dla kogoś, kogo zadaniem jest ciągnięcie całej partii, a nie „wożenie” się na niej). Ale już lęk przed konfrontacją z tym, co osiągnął Napieralski pięć lat temu, jest w pełni uzasadniony. Przypomnijmy, że wówczas młody lider lewicy zrobił ponad 13% i zajął trzecią, silną pozycję za Komorowskim i Kaczyńskim. Obecnie Miller może jedynie marzyć o przekroczeniu 10% i wie, że musiałby się bić o trzecie miejsce na przykład z…JMK (bez gwarancji, że tę rywalizację wygra). To na pewno nie skłania obecnego szefa SLD do ubiegania się o honor reprezentowania tej formacji w elekcji prezydenckiej. I tłumaczy dlaczego Miller tak chętnie odda ów zaszczyt komuś innemu.
Z kolei niechęć Piechocińskiego do startu w majowych wyborach nie jest motywowana strachem przed konfrontacją z wynikami poprzednich kandydatów PSL w elekcji prezydenckiej. W 2005 i 2010 roku nie przekraczali oni 2%, więc wydaje się, że to nie porównanie z nimi przeraża obecnego szefa ludowców. Jest to raczej „zajęczy strach” przed zmierzeniem się z wynikiem PSL z ostatniej elekcji samorządowej. Jakikolwiek wynik wykręciłby bowiem Piechociński, to w porównaniu z kosmicznym osiągnięciem jego partii w wyborach do sejmików, i tak wypadnie blado. I nie będzie miało znaczenia, że to dwie różne elekcje i że wyborcy PSL chętnie chodzą na jedne, a niechętnie na drugie – wynik pójdzie w świat, a konkretnie do struktur partyjnych. I może stać się argumentem w wewnątrzpartyjnych wojenkach. Trudno się więc dziwić Piechocińskiemu, że stara się albo znaleźć innego kandydata do osiągnięcia 2%, albo przekonać swoją formację do poparcia PBK od razu w pierwszej turze.
Przewaga sondażowa Bronka-Dominatora tak spłaszcza słupki sondażowe pozostałych kandydatów, że każdy ich realny wynik będzie słabszy, niż osiągnięcia ich partii. Dlatego liderzy PiS, SLD i PSL nie palą się do startu w nadchodzącej elekcji. Nie dotyczy to szefów Twojego Ruchu i KNP, bo oni chyba jednak będą musieli wystartować, by utrzymać spójność swoich ugrupowań. Pozostali liderzy będą skutecznie uciekać przed zderzeniem z ciężarówką o nazwie „Bronisław Komorowski”. Trudno się im dziwić.
fot. prezydent.pl/Łukasz Kamiński
15:44
Jak dowiaduje się 300polityka, Dorota Idzi - polska pięcioboistka, wielokrotna medalistka mistrzostw świata i Europy - została wiceministrem sportu. Idzi jest też wiceprezesem Polskiego Komitetu Olimpijskiego ds. sportu kobiet, marketingu i współpracy z mediami.
Jak nam powiedziała, została nominowana wczoraj, w piątek 19 grudnia, a objęcie stanowiska to dla niej wielki zaszczyt. To kolejna już zmiana w rządzie. Wczoraj jako pierwsi pisaliśmy o awansie do Ministerstwa Skarbu Krystyny Skowrońskiej i o przejściu do MEN Urszuli Augustyn.
Zmiana w MSiT oznacza jeszcze większe wzmocnienie "kobiecego desantu" do rządu. I coś jeszcze - premier Kopacz konsekwentnie, na poziomie wiceministrów, buduje niejako "równoległą" strukturę w rządzie.
fot.http://etcc2013.com/pl
Nienawiść do Tuska jest dla prezydenta ważniejsza od Wojska Polskiego
- Sikorski
Gorący temat
Nie ma czasu do stracenia
- Czarnek wzywa do realizacji planu NBP ws. 185 mld
live
My się nie zgodzimy na bezprawie
- Szefernaker pytany o sędziów TK
live
Głos rozsądku nie jest słyszalny przez premiera
- Szefernaker o słowach Kosiniaka-Kamysza
Gorący temat
Decyzja przeciwko bezpieczeństwu Polski. Interes partyjny zwyciężył nad odpowiedzialnością
- Kosiniak-Kamysz o wecie Nawrockiego
Gorący temat
Będzie uchwała rządu
- Szłapka o planie B ws. SAFE
Gorący temat
Witaj na 300polityka AI!
Zadaj pytanie, które pomoże Ci lepiej zrozumieć świat polityki, kampanii wyborczych, mediów i strategii. AI odpowie na podstawie wiarygodnych źródeł i aktualnych danych.