Relacja Live

18.08.2014

11:35

Referendum jako ucieczka Platformy do przodu? Analiza politycznego scenariusza

Platforma perfekcyjnie opanowała wykorzystywanie instrumentów konstytucyjnych do odwracania stolika polityki i utrudniania życia przeciwnikom. Aż tak dosłownie, że to ustawa zasadnicza stała się gadżetem Bronisława Komorowskiego w debacie prezydenckiej z Jarosławem Kaczyńskim w 2010. Jedynym niezużytym politycznie - z prostych i spektakularnych manewrów konstytucyjnych - pozostaje referendum. Czy Platforma przy jesiennej próbie sił może sięgnąć po to ostatnie, niewykorzystane narzędzie Konstytucji? Podpowiadałaby to analiza politycznej praktyki Donalda Tuska. Na przykład uczynienie z Senatu izby samorządowej mogłoby znacząco wzmocnić PSL i otworzyć Platformę na wahających się niezależnych samorządowców, tworząc zupełnie nowy układ sił w przedbiegach do jesiennych wyborów lokalnych, a nawet dalej.

W 2010, pełniący obowiązki prezydenta Bronisław Komorowski doprowadził do reaktywowania Rady Bezpieczeństwa Narodowego. RBN okazywała się poźniej wielokrotnie przyczynkiem do prowokowania Jarosława Kaczyńskiego i sprowadzania dyskusji do kategorii “przyjdzie, nie przyjdzie”. Nic innego w sensie realnej polityki, z kompulsywnego zwoływania RBN nie wynikało, ale swojemu politycznemu celowi służyło wielokrotnie.

Innym instrumentem konstytucji, z którego Platforma nauczyła się korzystać jest występowanie przez premiera o wotum zaufania. Po raz pierwszy, Tusk zrobił z niego użytek dla politycznego resetu po trudnym roku z wydłużeniem wieku emerytalnego i po Amber Gold, na jesieni 2012 wygłaszając tzw. drugie (choć de facto trzecie) expose.

Wystąpienie o wotum zaufania powróciło przy aferze taśmowej i - o dziwo - było dla opozycji zaskoczeniem. Po rozważaniach o alfabetach jakimi były pisane scenariusze, premier zarysował swój i trochę przekuł balon z politycznym ciśnieniem wokół ujawnionych przez Wprost taśm.

Rok temu politycznym instrumentem wyjętym przez Tuska z ustawy zasadniczej była rekonstrukcja i powierzenie Elżbiecie Bieńkowskiej funkcji wicepremiera. To już nie była nowość, bo wcześniejsze rekonstrukcje służyły pozbyciu się z rządu Grzegorza Schetyny i oczyszczeniu pola po aferze hazardowej, czy uczynieniu z Jacka Rostowskiego kryzysowej twarzy rządu, przez wywindowanie go do rangi wicepremiera rok wcześniej (2013).

Oczywistym i głównym pytaniem warszawskiej polityki na granicy nowego sezonu politycznego jest to “co zrobi Tusk?”. Zadaje je sobie przede wszystkim odwykniona od samodzielnego myślenia Platforma. Czy sama rekonstrukcja jest w stanie zmienić kurs polityki w takim stopniu, by znów odciągnąć uwagę od strukturalnych problemów aktualnego przywództwa? Raczej może tylko ten kurs skorygować, ale raczej nie zmienić. Czy ktokolwiek zauważy wymianę Szczurka na innego bankowego ekonomistę z rumieńcami i w szarym, prążkowanym garniturze?

Nawet przy dość raczej chybionym założeniu, że Sikorski stał się dla Platformy obciążeniem (w CBOS spadł przecież do poziomu Ewy Kopacz) i przy jego awansie do Komisji pojawiłby się nowy szef MSZ, czy to zasadniczo zmieniałoby pozycję Platformy w końcówce siódmego roku rządzenia? Dość naiwne założenie. Chyba, że nowym ministrem nie zostałby JKB, a na przykład ktoś otwierający PO na nowe wody - jak Cimoszewicz. Ale nie wydaje się, by ten, zwłaszcza po trudnej operacji bypassów marzył o żyrowaniu trzeciej kadencji Tuska, samemu posiadając już w CV bardziej ekscytujące i prestiżowe role.

Zmiana premiera, związana z jego awansem do Brukseli, wojna, poważniejsze problemy Jarosława Kaczyńskiego, albo spektakularna operacja typu referendum. Gdy innych okoliczności oczywiście wykluczyć się nie da, to referendum ustrojowe może się jawić jako najprostszy polityczny manewr Platformy i utrwalający skłon tej partii instytucjonalnej w kierunku kontrolowanego populizmu.

Co mogłoby być podstawą do przeprowadzenia referendum? Na przykład postulowana kiedyś przez PO i cały czas przez PSL likwidacja Senatu. A może jego modyfikacja i wykonanie takiego gestu wobec samorządowców, który zapewniałby nowy układ sił w przedbiegach do wyborów lokalnych. To scenariusz, który - choć nie pozbawiony ryzyka - byłby zagraniem va banque stawiającym Platformę znów w roli goniącego, a nie gonionego.

Platforma, a raczej Donald Tusk nauczyli się politycznie korzystać z Konstytucji.To między innymi dlatego Jerzy Hausner trafnie mówi w rozmowie z GW o tej władzy jako półabsolutnej. Instrumenty ustawy zasadniczej pomagają Tuskowi zachować prawie monarchiczną oprawę swoich decyzji. Dzięki nim proste ucieczki do przodu wyglądają nie jak gaszenie pożarów, tylko państwowa strategia, a Ujazdowskie chcą przypominać Pałac Elizejski. Tak jak w przypadku chaotycznych opozycyjnych wniosków po aferze taśmowej, wniosek Tuska o wotum zaufania, wygląda jak coś mające odpowiednią rangę i doniosłość. I mimo popadania w turbulencje i nerwowość, dają wrażenie stabilności i utrzymywania kursu lotu bombowca strategicznego. Opozycja się jeszcze tego nie nauczyła. Może więc Tusk kolejny raz ją zaskoczy?


14:21

Maszeruj, albo giń - taktyka Tuska wobec współpracowników w tarapatach

Dzisiejsza jedynka Faktu: “Policja odbierze posłom samochody - minister z komendantem szykują nowy bat” - to apogeum kampanii wizerunkowej ministra spraw wewnętrznych Bartłomieja Sienkiewicza. “Marche ou crève”, “Maszeruj, albo giń” - to nie tylko zawołanie Legii Cudzoziemskiej, ale też stara taktyka Donalda Tuska wobec polityków PO w medialnych tarapatach.

Szansę na polityczną obronę dostał Bartłomiej Sienkiewicz. Jego nadzwyczajna aktywność medialna wskazuje na to, że być może zapowiedź, że po zakończeniu dochodzenia w sprawie afery taśmowej Sienkiewicz opuści rząd wcale nie jest ostateczna, a jego dymisja za parę tygodni może się okazać bytem, który zaistnieje czysto teoretycznie. Tym bardziej, że od czasu sejmowej szarży Waldemara Pawlaka postulaty dymisji szefa MSW ucichły nawet w szeregach rozgorączkowanego jeszcze niedawno PSL. Minister w mediach sprawnie narzuca swoją linię, a sprawa podsłuchów, mimo kampanii plakatowej PiS, nie jest już tak gorąca jak parę tygodni temu.

Jako pierwsi szansę na oczyszczenie w bezpośredniej konfrontacji z mediami dostali Zbigniew Chlebowski i Mirosław Drzewiecki. Strategia pierwszego spłynęła wraz potem z pokrytej make-upem twarzy, drugi padł, plącząc się w ogniu pytań Krzysztofa Skórzyńskiego i Brygidy Grysiak.

Kolejnym, który dostał szansę był senator PO Tomasz Misiak, ale medialna próba obrony przed zarzutami o tworzenie przepisów sprzyjających własnej firmie wyszła tak fatalnie, że ujawnienie zdjęcia partnerki ówczesnego senatora sprzed rządowego samolotu, umieszczone na Naszej Klasie tylko utwierdziło decyzję Tuska, ogłoszoną na briefingu w KPRM.

Wiosną ubiegłego roku, po wybuchu afery zegarkowej, do medialnego szturmuprzystąpił Sławomir Nowak. Kilkoma dobrymi występami medialnymi - m.in. w Faktach po faktach TVN24 oraz wywiadami dla Rzeczpospolitej i Polski the Times, ówczesny minister transportu zdołał opanować kryzysową sytuację. Jedyną rysą na wizerunku był słaby występ u Konrada Piaseckiego w RMF, ale i tak prominentny polityk PO mógł mieć powody do zadowolenia. Jeszcze rok temu wydawało się, że Nowak będzie w stanie odbudować swoją pozycję i powrócić do pierwszej politycznej ligi, ale postawienie przez prokuraturę zarzutów za niewpisanie zegarka do oświadczenia majątkowego - a później opublikowanie taśm przez “Wprost” - na zawsze zakończyło jego karierę w polityce.

Według prasowych relacji, swoją szansę od Tuska dostał też Jacek Protasiewicz, ale odbiór jego konferencji prasowej w Strasbourgu był tak zły, że Tusk podjął decyzję o wycofaniu bliskiego sobie polityka z listy do PE. Korzystny obrót spraw z niemieckim postępowaniem przywróci zapewne Protasiewicza do pełnej politycznej funkcjonalności.

Szanse na obronę dostawał też od Tuska kilkakrotnie minister skarbu pierwszego rządu - Aleksander Grad. Podobnie było z Bartoszem Arłukowiczem. Paradoksalnie, podobnie było z Gowinem, po słynnej wypowiedzi o niemieckich zarodkach. Gdyby ówczesny minister sprawiedliwości wycofał się ze swoich stwierdzeń, to z pewnością sprawy mogłyby się potoczyć inaczej, choć Tusk miał autentyczną ochotę pozbyć się go z rządu.

Zupełnie inaczej przedstawia się sprawa z Sienkiewiczem. Tusk od początku nie miał najmniejszej ochoty na usunięcie go z rządu. To polityk na pierwszej linii frontu deschetynizacji MSW i jeden z kluczowych doradców Tuska w sprawie Wschodu. Sienkiewicz jest właśnie poddawany ścieżce z Legii Cudzoziemskiej - maszeruj albo, giń. Jeśli do połowy września nie popełni większego błędu, to raczej nie zginie.

Fot. Fakt