Relacja Live

16.08.2014

12:24

Król sezonu ogórkowego 2014

Liderzy odpoczywają, rzecznicy pojechali na wakacje, a po sejmowych korytarzach przechadzają się już tylko duchy. Gdy pierwszy szereg śpi, budzą się doły. Sezon ogórkowy, to czas głupich pomysłów, kuriozalnych deklaracji i rozpaczliwej chęci przebicia się. Zainteresowanie mediów? Nigdy nie było o nie aż tak łatwo. Rok temu królem sezonu ogórkowego ogłosiliśmy Marka Migalskiego, który zarzucił media pomysłami w stylu zniesienia obowiązku jazdy w psach bezpieczeństwa i chciał procesować się z ministrem Sikorskim. W tym roku nagradzamy za wyjątkowo głośne i konsekwentne pogrążanie własnej partii.

Jest aktywny w sieci i terenie. Jan Filip Libicki ma kilka blogów i wiele pomysłów. Jego wpisy nie ograniczają się jednak tylko do pochwalenia się tym, że brał udział w „końskiej niedzieli”, festynie świętego Wawrzyńca w Pniewach czy odpuście w Łomnicy. Widać, że senator stara się przepracować „sezon ogórkowy”. I przede wszystkim się wypromować. Teraz postanowił nagłośnić sprawę, którą cała Platforma chciała wyciszyć. Skutecznie.

Jan Filip Libicki twierdzi, że poszedł na walkę z demagogią. Nieskutecznie. „To ja zabrałem darmowe leki emerytom” ogłaszał gdzie popadnie Libicki. Przekaz się przyjął. Refleksje senatora już mniej. Bo kogo dziś interesuje tłumaczenie, że te zaoszczędzone 200 milionów złotych można przeznaczyć na sprawy obronności. Takie porównania łatwo odwrócić i blogerzy szybko to zrobili.




Takiej walki polityk nie może wygrać. Czasem lepiej milczeć. Notatka Libickiego była odpowiedzią na wpis Zbigniewa Kuźmiuka. Ten zarzucał Platformie, że ukradkiem odrzuciła projekt o bezpłatnych lekach dla ludzi najbiedniejszych i chorych. Pozostaje tylko pytanie: kto czyta blog Kuźmiuka? Bo tabloidy zainteresowały sprawą kilka milionów ludzi. Senator nie tylko zrobił dokładnie to czego chciał od niego polityczny rywal, ale i stał się czarnym charakterem dla zwykłych obywateli. Jednak w tej wymianie wszyscy są zadowoleni, bo gazety mogły się „wyżyć” na polityku, a on promował samego siebie. Dlatego Jan Filip Libicki z przyjemnością przyjmie tytuł króla sezonu ogórkowego 2014. A my z przyjemnością przyjmiemy koniec czasu, gdy jeden wpis nadawał ton debacie przez cały tydzień.


18:04

Jan Śpiewak: W Polsce powstała nowa partia. Nazywa się Bezpartyjny Blok Współpracy z Ratuszem

W Polsce powstała nowa partia. Nie ma oficjalnego statutu, ani adresu. Nie ma też listy członków. Należą do niej jednak tysiące osób. W większości rekrutują się z inteligencji, osób zaangażowanych społecznie, lokalnych działaczy, ludzi kultury, ekspertów. Spotykają się w knajpach i na odczytach, czasem nawet coś napiszą. Krążą w przedpokojach władzy czekając na swój szczęśliwy dzień. W Polsce powstał Bezpartyjny Blok Współpracy z Ratuszem. Ma liczne oddziały i koła w każdej gminie. Jego działacze deklarują apolityczność i wierność technokratycznym regułom rządzenia. Chcą więcej profesjonalizmu, więcej szkoleń i więcej grantów. Chcą dobrze płatnych ekspertyz, stanowisk w urzędach, dyplomów i zaszczycików.

Działania BBWR sprawiły, że polskie miasta stały się społeczną pustynią. Wiele wybijających się jednostek została zwerbowana i kupiona. Niezależne środowiska zostały podzielone i spacyfikowane. Wielu osób z poczuciem przegranej i wiecznego „niedasizmu” wyjechało zagranicę. Grantoza dopełniła dzieła zniszczenia. Organizacje pozarządowe wiszą na konkursach, lokalach wynajmowanych od miasta. Życie całego sektora zależy od humoru lokalnego kacyka. Organizacje zbyt oporne wobec lokalnej władzy pozbawiane są środków, te które są finansowo niezależne stają się często ofiarami wrogiego przejęcia. Uniwersytety, które niegdyś były ośrodkami niezależnej myśli i oporu wobec władzy, zostały przy milczącym przyzwoleniu profesury, sprowadzone do statusu szkółek zawodowych żebrzących o kolejne granty.

BBWR jest kluczowym koalicjantem lokalnych układów władzy. To BBWR buduje jej społeczną legitymację. Stwarza pozory jej nowoczesności i zdolności do samonaprawy. Działa jak skuteczny wentyl bezpieczeństwa. Refren „wiemy, że są wypaczenia i błędy, ale nie wylewajmy dziecka z kąpielą” niesie się od morza do gór. Członkowie BBWR odmieniają słowa "stabilizacja" i "ewolucja" na wszystkie przypadki. Ich misją jest ochrona naszej małej stabilizacji przed zakusami społeczników "awanturników" i "wichrzycieli". Renesans przeżywa gomułkowski język. Wiernopoddańcze artykuły i listy ludzi kultury i nauki przy okazji referendum warszawskiego, powtórzyły się podczas olimpiady krakowskiej i powtarzają się teraz, gdy widmo „niesprecyzowanych ruchów miejskich” wisi nad Polską.

Strach budzi fakt, że decydujący cios BBWRowi mogą przynieść nie „oszołomy z prawicy”, ale wielkomiejski elektorat, który oczekuje sprawnego i zrównoważonego zarządzania miastem, poprawy jakości życia, a nie arogancji, kumoterstwa i zastępczych wojen o tęcze. Czy ten strach jest uzasadniony? Trudno ocenić, ale jeśli raczkujące ruchy miejskie wzbudzają taką opozycję wszystko wskazuje na to, że jesteśmy na dobrej drodze.