Relacja Live

09.08.2014

12:44

BLOG MIGALSKIEGO: Dlaczego rozmowy o zjednoczeniu lewicy zakończyły się fiaskiem. "Nie miejcie żalu do Millera"

Rozmowy o zjednoczeniu prawicy zakończyły się (przynajmniej na razie) sukcesem. Na lewicy fiaskiem. Dlaczego?

O tym, że wchłonięcie PRJG i SPZZ przez PiS opłaca się wszystkim układającym się stronom pisałem już na łamach 300polityki. Ale dlaczego proces jednoczenia nie udał się w przypadku SLD i TR? Najprostsze wytłumaczenie jest takie, że dlatego, iż nie chciał tego Leszek Miller.

O ile w odniesieniu do relacji między Jarosławem Kaczyńskim z jednej strony, a Zbigniewem Ziobro i Jarosławem Gowinem z drugiej, nie było żadnych wątpliwości, kto w tym stadzie jest osobnikiem Alfa i kto ma prawo do decydującego głosu, o tyle w odniesieniu do relacji Miller – Palikot takiej jasności nie było. Stosunek siły PiS wobec PRJG  i SPZZ był jak 1 do 10 (co pokazały ostatnie wybory do PE), natomiast w konfrontacji SLD do TR siła tej pierwszej formacji była jedynie trzykrotnie większa wobec tej drugiej. Taka sytuacja zawsze utrudnia jakiekolwiek negocjacje, bowiem słabszy partner walczy o to, by nie być całkowicie zwasalizowanym (co – milcząco – akceptuje się, gdy ów stosunek silniejszego do słabszego jest jak 1 do 10).

Drugim powodem fiaska rozmów Millera z Palikotem było to, że ten pierwszy wcale nie chciał ich sukcesu. O ile Kaczyński ma interes we współpracy z Gowinem i Ziobro, o tyle szef SLD na dłuższą metę nie widzi swojego zysku w podtrzymywaniu przy życiu swego największego konkurenta na lewicy. Wszak Palikot już ledwo zipie, partia i klub mu się rozpadają, wyniki wyborcze są więcej niż zawstydzające. Gwiazda Palikota wyraźnie i systematycznie gaśnie. Miller musiałby być bardzo dobrotliwy i naiwny, by w takiej chwili podawać kroplówkę temu, kto tak wiele krzywd mu wyrządził i kto jest jego najbliższym konkurentem w walce o lewicowe głosy. A szef SLD dobrotliwy i naiwny nie jest. Po co mu sojusz z kimś, kogo ludzie – zaraz po sukcesie wspólnej listy – stworzą osobny klub lub koło i będą negocjować z nim warunki współpracy? Po co podtrzymywać przy życiu Palikota, jeśli już za rok będzie można z ulgą odetchnąć nad jego polityczną trumną, którą okażą się wybory parlamentarne? Dlaczego wyciągać do niego rękę w nadchodzącej elekcji samorządowej, jeśli potwierdzi ona silną pozycje SLD i – jednocześnie – pokaże mizerię struktur i popularności TR?

Miler poczeka na klęskę Palikota w listopadowych wyborach. A potem wyłuska co sensowniejszych działaczy TR i wstawi ich na swoje listy. Ale na swoich warunkach i dla swego pożytku. Szefowi SLD wystarczy w przyszłorocznej elekcji parlamentarnej 10-12%, by mieć 40-osobowy klub i być niezbędnym elementem rządowej układanki z PO i PSL. Nie zamierza dzielić się tym sukcesem z Palikotem i martwić się ilu posłów ze wspólnego klubu odjedzie, by zasilić koło TR. Po co? Będzie hegemonem na lewicy (i cóż z tego, że słabej) i pożądanym partnerem dla Tuska i Piechocińskiego. Jako marszałek sejmu będzie kontrolował rząd i czekał na swój czas. Wolne chwile  urozmaicać zaś sobie będzie patrzeniem na salę obrad, w której nie będzie Palikota ani jego ludzi. Czyż nie jest to lepsza perspektywa, niźli ciągłe męczenie się z nimi przez następne lata? Nie miejcie więc żalu do Millera, że nie doprowadził do zjednoczenia lewicy. Na nic mu ono by było.


fot. TR na FB





19:14

Jak syn Rona Paula uciekał ze spotkania z wyborcami:

Biegnij Rand, biegnij

Senator Rand Paul ma kłopoty. Jego ucieczka z pewnego spotkania z wyborcami w stanie Iowa - kluczowym w prezydenckich prawyborach - najlepiej pokazuje, jak łatwo rutynowa polityczna sytuacja zmienia się w wizerunkowy kryzys.

Rand Paul - syn Rona Paula - przyjechał do Iowa na wydarzenie organizowane przez kongresmena Steve'a Kinga, jednego z najbardziej konserwatywnych Republikanów w Izbie Reprezentantów. King znany jest z radykalnego podejścia do kwestii nielegalnych imigrantów. On i jego kolega z Senatu jedli hamburgery w restauracji, gdy w okolicy pojawiło się dwoje młodych ludzi. Jak się okazało, byli to tzw. "DREAMers", czyli osoby, które dzięki decyzji Obamy z 2012 mogą przestać obawiać się deportacji z USA, jeśli spełniają kilka warunków m.in. czyste konto kryminalne. Gdy tylko dwójka aktywistów się przedstawiła, doradca siedzącego tuż obok senatora Paula dał mu znać, że trzeba zniknąć. Rand błyskawicznie wstał od stolika i wyszedł, pozostawiając jedzenie na talerzu.

Później Erika Andiola i Cesar Vargas zaczynają konfrontację z Kingiem. Paul wychodząc chciał uniknąć zastawionej na niego pułapki, ale klip i tak zdobył ogromną popularność.

http://youtu.be/PI8rCleTbSo

Na Twitterze Paul został błyskawicznie wyśmiany przez dziennikarzy.








Paul musiał później wielokrotnie tłumaczyć, że wcale nie uciekał, tylko miał wcześniej zaplanowany wywiad. Nikt mu jednak nie wierzy.

Cała sytuacja najlepiej pokazuje dylemat, przed którymi stoją politycy GOP, którzy marzą o Białym Domu. Bez poparcia radykałów jak King trudno o sukces w prawyborach. Ale bez głosów Latynosów zdobycie Białego Domu będzie bardzo trudne, z czego senator Paul doskonale zdaje sobie sprawę. Dlatego wolał w krytycznej chwili zniknąć, niż być bezpośrednio identyfikowanym z anty-imigracyjnymi poglądami Kinga.

fot. Gage Skidmore