Relacja Live

01.08.2014

11:37

11 najciekawszych fragmentów rozmowy Ołdakowskiego z Mazurem o Muzeum Powstania

"Muzeum. Miejsce, które zwróciło Warszawie duszę" to wywiad-rzeka Macieja Mazura, reportera "Faktów TVN" z Janem Ołdakowskim o genezie i działaniu Muzeum Powstania Warszawskiego. Oto jedenaście ważnych, symbolicznych fragmentów tej książki.

O propozycji od Lecha Kaczyńskiego i Muzeum Wielorybnictwa: "Spotkanie mocno się przeciąga, pod koniec Kaczyński mówi: „Wie pan, bo ja mam taki kłopot. Kilka tygodni temu wyrzuciłem z pracy za brak postępów swojego pełnomocnika do spraw budowy Muzeum Powstania Warszawskiego. A może pan by się tym zajął?” Ja na to, że bardzo chętnie, ale z jednym zastrzeżeniem: wszystkie takie projekty przygotowujemy w duecie z Pawłem Kowalem. (...)

Zadzwoniłem do Kowala i powiedziałem: „Paweł, słuchaj. Robimy muzeum. Ja co prawda nie mam bladego pojęcia o tym, ale ty bywałeś w nowoczesnych muzeach.” Na to Paweł, że może nie do końca prawdą jest, że bywał, ale w jednym takim nowoczesnym, narracyjnym – czyli opowiadającym historię a nie tylko pokazującym eksponaty - rzeczywiście był. W Kanadzie, w Winnipeg. W Muzeum Wielorybnictwa. I tak zaczynając pracować nad Muzeum Powstania Warszawskiego byliśmy wyposażeni w wiedzę z wizyty w jednym narracyjnym muzeum, Muzeum Wielorybnictwa w Winnipeg".

O wizycie w redakcji "Wprost":  „Przyjął nas ówczesny zastępca redaktora naczelnego Piotr Gabryel. (…) Przedstawiamy mu, o co chodzi w konkursie i w samym pomyśle muzeum. Gadamy, gadamy, trochę się nakręcamy. Jak to będzie pięknie, nowocześnie i zachodnio. Siedzimy, już się przekrzykujemy i tylko Gabryel jakiś taki czy to znudzony, czy nieobecny. Wstał, obszedł gabinet, przez okno wypatruje naszej budowy. W pewnym momencie odwraca się do nas i patrząc głęboko w oczy, mówi: „Panowie. Nie pier…cie. Prawicy wiele rzeczy udało się już spier…ić w czasie krótszym niż dwanaście miesięcy, ale nigdy niczego nie udało się zbudować”. Popatrzyliśmy po sobie i mówię: „Panie redaktorze, to się załóżmy. O butelkę. Stoi? Stoi. No to za rok zobaczymy. (…) I rzeczywiście - tak na tydzień przed otwarciem muzeum Gabryel przyjechał do nas właśnie z ową buteleczką (…)"

O wizycie Marka Belki: "Prezydent Aleksander Kwaśniewski odmówił, przyszedł za to premier Marek Belka. Mała dygresja dla młodszych czytelników: rządy Sojuszu Lewicy Demokratycznej były już wówczas nieco schyłkowe. Skompromitowana aferami lewica coraz bardziej traciła poparcie, zyskiwała za to prawica, czyli środowisko które właśnie stawia Muzeum Powstania Warszawskiego. Sami weterani też w większości mają poglądy antykomunistyczne. Premier nie miał więc łatwego zadania, ale jednak przyszedł. Wygłosił świetne przemówienie, w którym wspomniał, że sam jest synem powstańca i został bardzo dobrze przyjęty. Ze względu na obowiązki musiał jednak nieco wcześniej wyjść z uroczystości – co zresztą zapowiedział wcześniej – ale chciał jeszcze przed wyjściem zobaczyć eskpozycję. Wydawało się naturalne, że premiera po muzeum powinien oprowadzić prezydent Warszawy, ale Lech Kaczyński odmówił. Mając w pamięci widziany kilkanaście godzin wcześniej obraz budowlanego rozgardiaszu i sterczących ze ścian kabli do monitorów, wolał uniknąć oglądania tej hucpy. Powiedział, że nie zamierza się kompromitować przy premierze rządu. Z Markiem Belką poszła więc jedna z naszych pracownic. Premier wszystko obejrzał i był bardzo zadowolony, chociaż do dziś nie ma ani jednego zdjęcia z tego spaceru, bo w obawie przed reakcją na widok drabin i robotników urzędnicy ratusza nie wysłali z nim fotografa".

O wizycie Jana Nowaka-Jeziorańskiego, który wcześniej przekonywał Ołdakowskiego, że Muzeum musi być dla młodych ludzi.  "I oto Nowak przyjeżdża do nas. Zaraz za wejściem na ścianie wisi ekran, na którym wyświetla się wywiad z nim. Wywiadu można posłuchać przez słuchawki. Akurat gdy wjechał (poruszał się już wtedy na wózku) do sali, przed ekranem stały dwie urocze licealistki komentujące co usłyszały. Zastygł. Zdziwił się, popatrzył przez chwilę i dał znak aby jechać dalej. Kolejna sala i znów tłum młodzieży. Przechodzi wycieczka z gimnazjum. Zatrzymał się, władczym gestem odprawił pchającego wózek historyka i zawołał mnie. Pochyliłem się. - Panie dyrektorze, proszę uczciwie powiedzieć. Pan specjalnie na moją wizytę przyprowadził tutaj te tłumy dzieci? – pyta, świdrując wzrokiem. - Ależ Panie redaktorze! Słowo honoru! O tym, że pan się do nas wybiera, dowiedziałem się czterdzieści minut wcześniej. Nawet gdybym chciał, nie zdążyłbym tego zorganizować – wyjaśniam, ale Nowak-Jeziorański nie wygląda na zbyt przekonanego do mojej wersji.  Jedziemy dalej. Przed nami sala kinowa. W niej dwie klasy gimnazjalne oglądają stare powstańcze kroniki. Znów się zatrzymał. Odprawił historyka, przywołał mnie. - Ale tak szczerze. Patrząc mi w oczy. To wszystko tak specjalnie? – pyta. I znów wyjaśniam, że wcale nie specjalnie, że tak jest tu codziennie. On wciąż nieprzekonany. Sytuacja powtórzyła się jeszcze raz pod koniec. Zrozumiałem, że ten dziewięćdziesięcioletni bohater reaguje trochę jak dziecko, którego największe marzenie właśnie się spełniło i które wciąż nie może w to uwierzyć".

O podejściu Kaczyńskiego do projektu: "Brutalna prawda jest taka, że przed 2004 rokiem temat uczczenia Powstania w zasadzie był martwy. Kolejne władze Warszawy latami obiecywały powstańcom, że muzeum wybudują. Oszukano ich siedemnaście razy i oszukanie po raz osiemnasty niewiele by zmieniło. Kaczyński też nie traktował tego politycznie. Ba - myśmy zrozumieli, że w tym projekcie są ogromne emocje dopiero kiedy ogłosiliśmy pierwszą zbiórkę i przyszły tłumy. Zaprosiliśmy wtedy prezydenta. Przyszedł, rozejrzał się, zobaczył tych wszystkich czekających w kolejce powstańców przynoszących swoje przechowywane latami skarby i też to poczuł. Potem już było łatwiej. Udało się na przykład nakłonić go, aby w ramach naszej akcji pokazującej poezję powstańczą wsiadł do tramwaju i na szybie nakleił plakat z jednym z wierszy. Każdy kto znał Lecha Kaczyńskiego wie, że raczej nie było to proste. Może wtedy już zrozumiał, że Powstanie jednak będzie bardzo nośne, że w tym jest siła? Myśmy przecież początkowo mieli przygotować tylko muzeum. Nie było mowy o wielkich obchodach sześćdziesiątej rocznicy. Jesienią 2003 roku prezydent zakomunikował nam niespodziewanie, że oprócz muzeum mamy też organizować obchody".

O Lechu Kaczyńskim w początkowych etapach projektu: "On był dużo bardziej otwarty, niż głosiła obiegowa opinia. Po kilku miesiącach nawet nas tolerował, chociaż początki były straszne. Gdyby nie opieka nad naszym zespołem sprawowana przez Elżbietę Jakubiak, nie wiem, jak by się nam ta współpraca z prezydentem układała. Miałem wrażenie, że chyba niezbyt mu przypadłem do gustu. Był surowy, zasadniczy, często mnie sztorcował. Ale może dlatego - co zrozumieliśmy później - że popełnialiśmy niechcący sporo różnych gaf, które doprowadzały go do szału. Zwłaszcza że miał swoje drobne dziwactwa. Na przykład można było przy nim rozmawiać przez telefon komórkowy, czego większość ludzi nie znosi. A jego w ogóle to nie drażniło. Podobnie zresztą jak palenie papierosów. Pozwalał palić nawet u siebie w gabinecie. Za to absolutnie nie wolno było chrupać. (…) Paluszków. (…) W końcu opracowaliśmy sposób bezgłośnego pochłaniania słonych paluszków".

O relacjach z Jarosławem Kaczyńskiego: "Co do samego Jarosława Kaczyńskiego to wydaje mi się, że chyba go krępowało to, że mieliśmy tak bliski kontakt z jego bratem i zdecydowanie nie był zainteresowany przenoszeniem tej bliskości na swoją osobę. Przez sześć lat posłowania rozmawiałem z nim może dwa razy. Góra trzy. I tyle".

O Piskorskim i Kwaśniewskim: "31 lipca 2004 roku podczas uroczystości otwarcia muzeum w ogóle nie mogłem siedzieć, z podniecenia cały czas chodziłem. Na imprezę zaproszeni byli poprzedni prezydenci miasta, wśród nich Paweł Piskorski i Wojciech Kozak. Piskorski przyszedł późno, Kozak jeszcze później i nie mieli już gdzie usiąść. Posadzono ich więc w pierwszym rzędzie, ale w części krzeseł już dostawionych, na granicy sektora VIP-ów. Stałem obok. Kiedy uroczystość się skończyła, Piskorski złapał Kozaka i patrząc na ten tłum ludzi, na weteranów, gości, dziennikarzy, kamery, powiedział: „Wojtek, k…., a czemu myśmy właściwie tego nie zrobili?!" (...) Nieprzypadkowo podczas uroczystości otwarcia zabrakło u nas prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego. Później zresztą też nie przyszedł. Była pani Jolanta Kwaśniewska, ale jej mąż - nigdy. On tego po prostu nie czuł, nie zrozumiał, że bohaterowie sprzed lat znów dziś mogą być bohaterami i to nawet dla młodzieży".

O relacjach z PO: "Serdeczności w stosunkach z ekipą Platformy Obywatelskiej nigdy zbyt wielkiej nie było, ale zawsze było i jest profesjonalnie, może wbrew pozorom, a już na pewno wbrew mniemaniu wielu dziennikarzy".

O spotkaniu z Bronisławem Komorowskim, gdy uznano, że nie można łączyć funkcji posła z pracą w administracji: "Bronisław Komorowski wezwał mnie do gabinetu i dosyć chłodnym tonem zakomunikował, że jeżeli do północy nie złożę rezygnacji z funkcji dyrektora muzeum, on z mocy prawa wygasi mi mandat. Odpowiedziałem, że decyzję już podjąłem. Nie rezygnuję z kierowania muzeum i jeżeli pan marszałek chce, to niech mi ten mandat od razu wygasi. Nieco się wtedy uniosłem - oględnie mówiąc - i po latach nadal nie jestem do końca zadowolony z rzeczy, które wówczas mówiłem. (...)  Trochę może mnie usprawiedliwia to, że musiałem się bronić sam. Mój macierzysty klub Prawa i Sprawiedliwości niezbyt ochoczo wysuwał artylerię".

O odejściu z PiS: "To był prosty gest solidarności. Uznałem, że w polityce ważniejsze są przyjaźnie od przynależności partyjnej, i kiedy w listopadzie 2010 roku Komitet Polityczny Prawa i Sprawiedliwości wyrzucił z partii Elżbietę Jakubiak, sam złożyłem rezygnację z członkostwa w klubie parlamentarnym. Trochę taki etos Armii Krajowej: przyjaźń jest ważniejsza od aktualnych profitów czy stanowisk".

Dziękujemy wydawnictwu The Facto za udostępnienie książki.