Relacja Live

14.11.2013

14:41

Tusk próbuje się przebić z pozytywnym przekazem gospodarczym

Premier Tusk próbował dziś powrócić do optymistycznego przekazu gospodarczego. Na pierwszej od wielu tygodni konferencji prasowej - zorganizowanej pod hasłem "Polska na plusie" - premier chwalił się rezultatami ustalonej przed wieloma laty gospodarczej "strategii środka".

Tusk wystąpił na tle infografiki z trzema kluczowymi wskaźnikami: wzrost PKB w III kwartale tego roku (wzrost o 1,9%, czyli wyższy niż zakładano), skumulowana zmiana PKB w latach 2008-2013 (+19,8%) oraz wzrostem produkcji przemysłowej za wrzesień 2013 (5,6%).

Premier stwierdził, że Polska realizuje "umiarkowanie optymistyczny scenariusz", a dobre rezultaty gospodarcze to efekt tego, że "wszyscy wykonują swoją robotę". Przypomniał też o swoich prognozach gospodarczych z Krynicy dotyczących wzrostu PKB w IV kwartale (2%). Jak stwierdził, wyniki gospodarki to efekt decyzji podjętych 5 lat temu - wprowadzenia "strategii środka", która zakładała, że "Dyscyplinowanie finansów publicznych i duszenie deficytu nie może być prowadzone w sposób, który dławiłby wzrost gospodarczy". Jak powiedział, "będziemy chuchać i dmuchać żeby wzrost był coraz większy".

Celem tej konferencji było podkreślenie, że sytuacja gospodarcza Polski zdecydowania się poprawia, chociaż premier starał się unikać tryumfalizmu. Tusk powiedział jednak, że optymizm jest niezbędny, by Polacy kupowali coraz więcej rzeczy i napędzali gospodarkę Najczęściej cytowaną wypowiedzią szefa rządu z tej konferencji może być jednak stwierdzenie, że "chcielibyśmy być jak Kalifornia". Na Twitterze natychmiast pojawiły się komentarze, że premier mówi o stanie USA, który przeżywał w przeszłości poważne problemy fiskalne i stanął na krawędzi bankructwa.

Premier nawiązał także do sytuacji ministra Sienkiewicza. Jak powiedział, Sienkiewicz ma przeszłość "wybitnego analityka i publicysty", ale zwrócił się do niego, by w swoich wypowiedziach publicznych był skoncentrowany na tym, co robi w służbach.

Ta konferencja to kolejny etap na drodze, którą Tusk rozpoczął w Krynicy, gdy stwierdził, że już czas by przedstawić "plan dla Polski po kryzysie".

fot. KPRM


09:43

Wypowiedzi poranka. Brudziński: Wpis Kownackiego był niemądry. Kwiatkowski: Nie brakuje mi polskiej polityki
Grzegorz Schetyna w Polityce przy kawie TVP1 o Sienkiewicza: Dziś nie chciałbym być na miejscu ministra Sienkiewicza. (...) Ministra nie będziemy oceniać po ilości bon motów, ale po skuteczności. O rekonstrukcji: Jest oczekiwanie, żeby rekonstrukcja była duża i poważna. Można zmieniać każdego ministra pytanie czy następny będzie lepszy od obecnego. Joachim Brudziński w Kontrwywiadzie RMF FM o wpisie Kownackiego: Odcinamy się od każdego przejawu chuliganerii i tak samo odcinamy się od tych wszystkich, którzy w jakikolwiek sposób próbują tego typu zachowania usprawiedliwiać albo wyrażać swój aplauz. Wpis pana posła Kownackiego był wpisem - mówiąc najłagodniej - niemądrym, a mówiąc wprost - idiotycznym i niepotrzebnym. O strategii PO: I ci politycy, którzy w sposób taki przewidywalny myśleli, że wystarczy rzucić ot tak takie hasło: winny PiS i, że dziennikarze ten trop podchwycą - dziś są wiele zdumieni. Ja wczoraj czekałem, kiedy pan minister Graś, czy tu u pana w studio czy u innych dziennikarzy powie w swoim stylu: "Izwinitie daragoje druzja" i zacznie ich przepraszać za Jarosława Kaczyńskiego. Tego na szczęście państwo nie chwycili, a dzisiaj oni są totalnie zdezorientowani. O reakcji Polski: Oczywiście w interesie Polski - mówię to jako polityk opozycji - jest wyrazić ubolewanie w tej sprawie, natomiast nie należy wpadać w taką histerię, w jaką wpadł z jednej strony prezydent Bronisław Komorowski czy Radosław Sikorski. O polskiej polityce zagranicznej: Jeżeli dzisiaj należałoby opisać relacje polsko-rosyjskie, to można powiedzieć, iż panu ministrowi Sikorskiemu i panu premierowi Tuskowi ubzdurało się, iż będą równorzędnymi partnerami dla Putina. Jeżeli trzymać się ichtiologicznych porównań, to z jednej strony mamy rekina, jakim jest niewątpliwie Putin, i z drugiej dwie zdezorientowane i biedne sardynki, które w relacjach z Putinem są rozgrywane jak dzieci w piaskownicy. Bartłomiej Sienkiewicz w TOK FM: Zarówno rok jak i dwa lata temu te wydarzenia były o wiele bardziej brutalne. W tym roku było to ograniczone, co nie zmienia faktu, że te incydenty były wizualnie drastyczne. Drugi aspekt to fakt, że mamy do czynienia ze zdeterminowanymi chuliganami, którzy są gotowi zepsuć każde święto. To nie tylko problem Warszawy, także Rzymu, Paryża, Berlina, Sztokholmu. Cierpimy na tę samą chorobę państw demokratycznych. O reakcji policji: Chroniliśmy główne wejście do ambasady, ale trasa nie zależy od policji. Napastnicy chowali się w kilkudziesięciotysięcznym tłumie. Zdecydowana reakcja polegająca na uderzeniu i poszukiwaniu ich w tłumie mogła doprowadzić do paniki i dalszych strat. Policja nie tylko musi pilnować tych, którzy naruszają porządek, ale musi także dbać o życie i zdrowie uczestników manifestacji. (...) Chcę tylko powiedzieć, że przy tak dużej manifestacji i tak zdeterminowanych chuliganach incydenty są nieodłączną częścią wydarzeń. One zostaną dokładnie opisane, zostaną wyciągnięte wnioski, będziemy ograniczać je w przyszłości. O odpowiedzialności: Wielu opozycyjnych polityków żąda mojej głowy. Przyzwyczaiłem się do tego. Ponoszę oczywiście odpowiedzialność za to, co się dzieje, bo taką mam rolę konstytucyjną. Ale ponoszę też odpowiedzialność za udoskonalenie mechanizmów policji, by z roku na rok było bezpieczniej. I to jest moje główne zadanie. Leszek Miller w Radiu ZET o Kownackim: W demokracji każdy może być posłem, także byle kto. Jarosław Gowin w Jeden na Jeden TVN24: Nazwa tego tworu politycznego, który powstanie, zostanie ujawniona razem z naszymi planami politycznymi w pierwszej dekadzie grudnia. Na razie spotykamy się na konwencjach regionalnych, które cieszą się ogromną popularnością.  (...) Będziemy partią walczącą o wolny rynek i poszerzenie wolności gospodarczej. O 11 XI: Nie jestem jedyną osobą, która zauważa, że policja zachowywała się tak, jakby na rękę było jej doprowadzenie do zamieszek. Wycofywała się z miejsc szczególnie zapalnych i nie wykluczam takiego scenariusza, że chodziło o to, żeby doszło do zamieszek po to, żeby obóz rządzący, PO mogła przedstawiać się jako gwarancja spokoju i bezpieczeństwa przeciwko rozszalałym watahom PiS. Krzysztof Kwiatkowski w Sygnałach Dnia Polskiego Radia: Wniosek z raportu jest niestety taki, że kupowaliśmy gaz po jednej z najwyższych cen w Europie i jeżeli te ceny się porównuje z różnymi naszymi sąsiadami, także tymi bardziej odległymi, pamiętajmy, mówimy o zakupach gazu z Rosji, patrząc na mapę, logika podpowiada, że przecież ważnym czynnikiem składowym kosztów jest tranzyt, a do Polski łatwiej dostarczyć gaz, mamy gazociągi, niż do kraju, który jest położony dalej na zachód od nas, ta informacja może być zaskakująca. O niejawnej części raportu: Raport oczywiście mówi o tym, kto w którym momencie prowadził te negocjacje gazowe. Ja teraz nie jestem w stanie odpowiedzieć, która część ta np. związana imiennie z osobami prowadzącymi negocjacje jest w tej części publicznej, a która jest w tej części zawartej w dokumentach, które – podkreślę jeszcze raz – nie przez NIK miały nadany status dokumentu niejawnego, za to chciałbym, żeby NIK nie miał żadnych wątpliwości, całość wniosków, w tym także np. porównanie cen gazu wszystkich krajów Unii Europejskiej w ostatnich latach, które pozyskiwały gaz od Gazpromu, całość tych najważniejszych informacji jest oczywiście dostępnych opinii publicznej. O polskiej polityce: Kiedy patrzę na polską politykę, to muszę powiedzieć, że jakoś mi jej nie brakuje, bo mam wrażenie, że tu, gdzie jestem, mogę zrobić dużo więcej, dużo lepszych, dużo ciekawszych rzeczy i bez niepotrzebnych emocji, których w polityce dużo, dużo, zbyt dużo.

12:26

O tym będzie dziś mówił premier:

Polska na plusie

Tematem dzisiejszej konferencji prasowej Donald Tuska nie będzie rekonstrukcja rządu, ale najnowsze, bardzo pozytywne wyniki gospodarcze. Dlatego hasłem konferencji jest "Polska na plusie".

Na Twitterze już teraz pojawiły się uwagi, że dzisiejsza konferencja to "powrót do zielonej wyspy".




https://twitter.com/hytrekprosiecka


15:54

Google:

z roku na rok rośnie zainteresowanie marszem narodowców. Tęcza hitem internetu

Jak wskazują pierwsze wyniki trendów wyszykiwań w Google, Marsz Niepodległości z roku na rok cieszy się coraz większym zainteresowaniem. Głownie zapewne poprzez sprawy związane z towarzyszącymi mu burdami. Poniższy wykres przedstawia wyszykania w Google od 2010 r.



Jak widać, dużym zaintersowaniem - tym razem wykres pokazuje ostatnich 30 dni- cieszy się też słynna tęcza na Placu Zbawiciela. Kojarzone z wydarzeniami 11.11 inne hasła - jak "Bartłomiej Sienkiewicz", czy "ambasada Rosji" praktycznie nie istnieją:



fot. TVN24


16:38

Prezydent wkracza do gry o OFE, rząd walczy z czasem

W piątek, w trybie pilnym, Komitet Stały Rady Ministrów, czyli tzw. mały rząd zajmie się reformą OFE. Rząd śpieszy się z przeprowadzeniem zmian w II filarze emerytalnym, bo gonią go terminy. Ewentualne opóźnienie mogłoby odbić się na przyszłorocznym budżecie, co tłumaczy pośpiech rządu - finansowe skutki zmian w OFE zostały uwzględnione w projekcie budżetu na 2014 rok. Ponadto, skoro zbliża się czas rozstrzygnięć, do gry wokół systemu emerytalnego wkracza prezydent.

Władysław Kosiniak-Kamysz w piśmie do sekretarza KSRM argumentuje, że zwołanie dodatkowego posiedzenia komitetu jest uzasadnione koniecznością obniżenia składki przekazywanej do OFE do 2,92% od 1 lutego. Sprawa jest prosta. Każdy miesiąc zwłoki to dla budżetu mniejsze oszczędności, a trudno uchwalić tak złożoną ustawę na jednym posiedzeniu Sejmu. Platforma udowodniła wprawdzie, że jest w stanie zamrozić próg ostrożnościowy w kilka dni, ale był to krótki, wręcz banalny projekt.

W tym roku Sejm zbierze się jeszcze trzy razy, w styczniu natomiast planowane są dwa posiedzenia - 8-10 oraz 23-24. Jeżeli ustawa, zgodnie z intencją ministra pracy, ma wejść w życie z początkiem lutego, musi zostać uchwalona najpóźniej w grudniu. Czasu jest mało - tym bardziej, że nadal nie wiadomo, kiedy projektem zajmie się Rada Ministrów. Być może zostanie zwołanie dodatkowe posiedzenie. O niektórych konkretnych zapisach i tak będzie musiał zdecydować premier - mówił o tym na konferencji.

Trudno zresztą uznać, że reforma - przynajmniej w obecnej wersji - jest dobrze przygotowana. Krytyczne uwagi zgłosiło część ministerstw, na czele z Rządowym Centrum Legislacji. Opinia MSZ, wedle której zakaz inwestowania funduszy emerytalnych w zagraniczne obligacje może łamać prawo UE, podważa jeden z fundamentów reformy, choć i tak wydaje się, że najpoważniejszym zarzutem może być niekonstytucyjność.

Tym bardziej, że do politycznej gry wokół systemu emerytalnego włączył się prezydent Komorowski. Kilka dni temu szef kancelarii Jacek Michałowski w liście do szefa KPRM Jacka Cichockiego napisał, że "wyrażane są obawy, również przez instytucje rządowe, że projektowane zmiany w funkcjonowaniu otwartych funduszy emerytalnych, w tym uchylenie dotychczasowych przepisów gwarantujących bezpieczeństwo i rentowność lokat oraz poważne zmiany w polityce inwestycyjnej (minimalny wymóg inwestycji w akcje na poziomie 75% oraz zakaz inwestowania w papiery wartościowe emitowane bądź gwarantowane przez Skarb Państwa) mogą nie być zgodne z Konstytucją".

W nowej wersji projektu ustawy złagodzono restrykcje związane z zakazem reklam OFE oraz zrezygnowano z obowiązku minimalnego 75-procentowego inwestowania OFE w akcje, choć premier dał do zrozumienia, że minimalny limit inwestycji OFE w akcje jednak będzie, a jego likwidacja będzie następować stopniowo. Poza tym główne założenia reformy się nie zmieniły - zmiany prowadzą do marginalizacji II filara emerytalnego. - Ci którzy liczyli, że rząd weźmie sobie do serca zastrzeżenia kilkudziesięciu instytucji w tym wielu państwowych, będą srodze zawiedzeni - pisze w "Rz" Mateusz Pawlak.

W parlamencie znajdzie się większość do przeprowadzenia reformy, bo reformę OFE poprze SLD. Nie wiadomo natomiast, jaką decyzję podejmie prezydent. Skierowanie ustawy do Trybunału Konstytucyjnego zawiesi reformę przynajmniej na kilka miesięcy. Do odrzucenia veta potrzeba 3/5, tj. 276 posłów. Wydaje się, że nawet z pomocą Sojuszu koalicja nie uzbierałaby takiej większości. Bronisław Komorowski nie będzie mieć dobrego wyjścia - zastopowanie reformy w ten czy inny sposób oznaczałoby wojnę z Donaldem Tuskiem. A na to, zwłaszcza przed 2015 rokiem, raczej się nie zdecyduje. Pytanie, co zrobi rząd, ten albo następny, jeżeli Trybunał Konstytucyjny - bo prędzej czy później ktośzłoży skargę - uzna ustawę za niezgodną z Konstytucją.

Fot. Maciej Śmiarowski/KPRM


19:20

Hegemon. O państwie, które trzęsie Europą, choć tego nie lubi. Fragment nowej książki Marka Magierowskiego
Zapraszamy do lektury fragmentu  książki Marka Magierowskiego „Zmęczona. Rzecz o kryzysie Europy Zachodniej”, która ukazała się w tym tygodniu nakładem Ośrodka Myśli Politycznej. 300polityka jest patronem medialnym tej publikacji. Książkę można kupić np. w internetowej księgarni poczytaj.pl  Na pierwszym planie widać dziób ogromnego statku handlowego. Nie wiadomo, co przewozi. Ropę? Rudę żelaza? Kontenery wypełnione laptopami? Wiadomo tylko, jak się nazywa. Na lewej burcie sprawne oko dojrzy napis „Europa”.Jeszcze sprawniejsze oko dostrzeże malutką sylwetkę siedzącego na pokładzie człowieka. Twarz jest zasłoniętą wielką płachtą gazety. Kto to taki? Wszystko wyjaśniają dwa podpisy u dołu zdjęcia. Po lewej stronie: „Helmut Kohl”. Po prawej: „Frankfurter Allgemeine. Zeitung für Deutschland” („Frankfurter Allgemeine. Gazeta dla Niemiec”). To jeden z elementów kampanii reklamowej słynnego niemieckiego dziennika, trwającej od 1995 roku i wielokrotnie nagradzanej. Na zdjęciach pojawiają się znane postaci niemieckiej polityki i kultury w charakterystycznym dla siebie otoczeniu. Zazwyczaj widać tylko ich dłonie i nogi. Hasło brzmi: „Dahinter steckt immer ein kluger Kopf” („Z tyłu zawsze jest jakaś mądra głowa”). Helmut Kohl podróżujący Europą... Już chyba nie jako kapitan – stałby przecież na mostku. Raczej jako najważniejszy pasażer. A może jako armator, który postanowił wybrać się na morską wycieczkę własnym statkiem? Kiedy przypomnimy sobie potężną sylwetkę Kohla, ta miniaturowa figurka na dziobie statku wydaje się wręcz zabawna. Tak jakby były kanclerz przeniósł się właśnie do równoległego świata, w którym giganci stają się liliputami. A może to Europa tak bardzo urosła? Najpierw niepozorna, pokiereszowana przez historyczne sztormy łódeczka, potem elegancki jacht, aż wreszcie ogromny tankowiec, bezlitośnie tnący wody oceanu? Gdyby nie Kohl, Niemcy nie zjednoczyłyby się prawdopodobnie tak szybko. Gdyby nie Kohl, dzisiejsza Unia Europejska zapewne wyglądałaby zupełnie inaczej. Gdyby nie Kohl, kto wie, czy Europejczycy zaznaliby dobrodziejstw i przekleństw wspólnej waluty. Gdyby nie Kohl, być może Grecy i Cypryjczycy nie musieliby dorysowywać Angeli Merkel hitlerowskiego wąsika, a Włosi i Portugalczycy nie mówiliby o groźbie powstania „IV Rzeszy”. *** „By zrozumieć, dlaczego Niemcy nie są tak ochoczo nastawieni do przewodzenia Europie, należy przypomnieć, że unia monetarna stworzona po zjednoczeniu Niemiec nie była projektem wymyślonym w Berlinie po to, by zdominować Europę. To był europejski projekt mający na celu zdominowanie Niemiec” – pisał w sierpniu 2013 w „The New York Review of Books” historyk i znawca współczesnych Niemiec Timothy Garton Ash. Euro zostało narzucone Niemcom wbrew ich woli. Zdecydowana większość wolała pozostać przy marce – silnej i stabilnej, symbolizującej dobrobyt i socjalne bezpieczeństwo. Euro było ciałem obcym, dziwacznym wymysłem, walutą pozbawioną przeszłości i o niepewnej przyszłości. Kohl był jednak przekonany, że wspólny pieniądz jest Europie niezbędnie potrzebny. Musiał tylko jakoś obejść niemiecką opinię publiczną. Żadne głosowanie nie wchodziło w grę, żadne referendum, w którym obywatele mogliby się wypowiedzieć, czy chcą porzucić markę, czy też nie. Odpowiedź bowiem była już znana zawczasu. W 2002 roku Kohl udzielił wywiadu dziennikarzowi Jensowi Peterowi Paulowi, który pisał pracę doktorską na temat okoliczności wprowadzenia euro w Niemczech. Dysertacja Paula, wraz z fragmentem rozmowy z byłym kanclerzem, ukazała się dopiero w 2013 roku – i wzbudziła sporą sensację. „Chciałem wprowadzenia euro. Dla mnie euro oznaczało nieodwracalność wspólnej Europy i gwarancję jej rozwoju. By jednak wcielić ten plan w życie, musiałem postąpić jak dyktator”. Kohl przyznał, że cała operacja została przeprowadzona w sposób niedemokratyczny. „Wiedziałem, że nie wygram referendum w Niemczech. Przegrałbym w każdym plebiscycie dotyczącym euro. W każdym bez wyjątku (...). Demokracja przedstawicielska jest skuteczna tylko wtedy, gdy ktoś w pewnym momencie wstanie i powie: ma być tak i tak; stwierdzi jasno, że z takim a takim projektem wiąże swoją polityczną przyszłość. Po chwili ludzie w jego partii dochodzą do przekonania, że jeśli ich lider potknie się na swoim projekcie, oni potkną się także. W tym wypadku nie chodziło wyłącznie o euro. Chodziło o pewną filozofię życiową”. „Ma być tak i tak”. Kohl pogrzebał markę, mimo że – jak sam przyznał – był świadomy, iż trzy czwarte jego rodaków było temu przeciwnych. „Socjaldemokracja, która była wówczas w opozycji, nie miała nic przeciwko temu, ale nie zamierzała też walczyć o euro do ostatniej kropli krwi” – opowiadał były kanclerz. Kohlowi zależało na pokoju w Europie. Myślał, że euro zagwarantuje pokój na wiele lat. Prezydent Francji François Mitterrand namawiał kanclerza, by ten podjął odważny krok. Z rozmowy z Paulem nie dowiemy się, czy doszło do transakcji wiązanej: Kohl miałby narzucić Niemcom euro w zamian za poparcie Mitterranda dla zjednoczenia RFN i NRD. Niemniej kanclerz podkreślił: „Mitterrand i inni europejscy przywódcy nie mieli wątpliwości: jeśli Niemcy nie przyjmą euro, nie przyjmie go żadne inne państwo. Jeśli tego projektu nie przeforsuje Kohl, nie uczyni tego nikt inny. Wszystkie nasze starania wynikały z tego pesymistycznego założenia”. Wszystkie starania bez wyjątku, łącznie z trudnymi decyzjami personalnymi. Dlatego w 1994 roku Kohl nie zdecydował się ustąpić miejsca Wolfgangowi Schäublemu, który wcześniej został oficjalnie namaszczony na następcę „kanclerza zjednoczenia”. Jego zdaniem Schäuble nie poradziłby sobie z wyzwaniem. „To bez wątpienia bardzo utalentowany człowiek, ale w tamtym okresie nie można było tak ważnej kwestii pozostawiać w gestii kogoś bez wystarczającego doświadczenia. Do tego zadania potrzebny był polityk z autorytetem”. We wspomnianym tekście zamieszczonym w „The New York Review of Books” Timothy Garton Ash cytuje fragment notatki amerykańskiego Departamentu Stanu ze słowami Jamesa Bakera, szefa dyplomacji USA w latach 1989–1992: „Kohl sam zadawał sobie pytanie, jak może przyczynić się do stworzenia prawdziwej unii gospodarczej i monetarnej. Podjął decyzję [o ustanowieniu wspólnej waluty] wbrew niemieckim interesom. Przeciwny temu rozwiązaniu był m.in. prezes Bundesbanku. Ale ten krok był także istotny z powodów politycznych. Zjednoczone Niemcy potrzebowały w Europie przyjaciół, a Kohl chciał za wszelką uniknąć narastającej nieufności ze strony europejskich partnerów”. W roku 1990 powstało najludniejsze państwo Starego Kontynentu, które prześcignęło w tej klasyfikacji za jednym zamachem Francję i Wielką Brytanię. Jego powierzchnia powiększyła się z 250 do ponad 350 tysięcy kilometrów kwadratowych. Państwo to posiadało ogromny potencjał militarny i gospodarczy. Owszem, było hybrydowe, w połowie obciążone skazą komunizmu, lecz François Mitterrand, Margaret Thatcher i premier Włoch Giulio Andreotti doskonale wiedzieli, że na ich oczach rodzi się nowe mocarstwo. Kohl chciał uśmierzyć ich niepokoje, rozwiać wszelkie obawy Francuzów i Brytyjczyków, szczególnie tych, którzy pamiętali jeszcze, jak wyglądała mapa Europy w czasie II wojny światowej. Cudowną „pigułką zapomnienia” miała być wspólna waluta. Lecz Kohl od początku wiedział, że wraz z nową finansową strukturą wspólnoty europejskiej powinny także zostać położone fundamenty pod wspólnotę polityczną z prawdziwego zdarzenia. Jego wizja została zrealizowana tylko połowicznie. Po latach miało to przynieść niespodziewane i nadzwyczaj bolesne skutki. „Kohl upierał się, że unii fiskalnej musi towarzyszyć unia polityczna. Mitterrand i Andreotti byli odmiennego zdania. W ich mniemaniu pomysł na wspólny pieniądz polegał na tym, że to oni będą mieli wpływ na niemiecką walutę, ale Niemcy nie będą mieli żadnego wpływu na ich narodowe budżety. Istotna wada, z którą strefa euro nie może sobie poradzić do dziś – brak wspólnego nadzoru nad budżetami, zadłużeniem i systemem bankowym – wynikała zatem z politycznych błędów popełnionych przy jej poczęciu” – pisał Timothy Garton Ash. Kohl wiedział to już w 1992 roku. Niemniej poświęcił markę, nie mając pewności, czy jego drugi postulat zostanie kiedykolwiek podjęty. Traktaty mówią o „coraz ściślejszej unii”, choć wielu polityków (m.in. premier Wielkiej Brytanii David Cameron) powtarza głośno, że to pusty frazes. Kohl szczerze wierzył w „coraz ściślejszą unię” i miał nadzieję, że uda się dzięki niej uodpornić Europę na krwawe wstrząsy, jakim była poddawana przez stulecia. Podchodził do tego emocjonalnie. „Pamiętam, jak w trakcie szczytów Rady Europejskiej Kohl niecierpliwie stukał palcami w stół, gdy jego koledzy z innych państw zwlekali z przyjęciem jakiejś rezolucji” – opowiadał w jednym z wywiadów były premier Hiszpanii Felipe González. „A kiedy spadał mu poziom cukru we krwi, z miejsca tracił nerwy i był w stanie walnąć pięścią w stół – tak, że brzęczały szklanki. Dziś europejscy przywódcy już się nie kłócą o przyszłość Europy. Niegdysiejszy zapał ustąpił miejsca chłodnej kalkulacji”.   *** Historia zatoczyła koło. Kilkanaście lat po wprowadzeniu euro niemal wszyscy politycy z unijnego świecznika, wybitni ekonomiści, bankierzy i analitycy rynków walutowych powtarzają jak mantrę: bez prawdziwej unii politycznej i gospodarczej wspólna waluta może nie przetrwać. Jeżeli chcemy mieć euro, musimy mieć jednego, a nie siedemnastu ministrów finansów. Musimy mieć jeden, skuteczny nadzór bankowy. Musimy pilnować wydatków państw członkowskich i kontrolować ich zadłużenie. W 2009 roku, kiedy hucznie obchodzono dziesiątą rocznicę ustanowienia euro (banknoty i monety weszły do obiegu trzy lata później), nikt nie zwracał uwagi na takie drobiazgi. Wszyscy zachwycali się „stabilną walutą”, która w krótkim czasie stała się „filarem zjednoczonej Europy”. Pierwszego stycznia tamtego roku do strefy euro przystępowała Słowacja, którą José Manuel Barroso, szef Komisji Europejskiej, witał tak radośnie i wylewnie, jakby Słowacy właśnie złapali Pana Boga za nogi. Zaś Joaquín Almunia, ówczesny komisarz ds. gospodarczych i monetarnych, rozpływał się nad zaletami wspólnego pieniądza: „Euro stało się symbolem unijnej tożsamości i solidnym czynnikiem stabilizującym na rynkach walutowych, zarówno w Unii Europejskiej, jak i poza nią. Powinniśmy być z tego dumni, a jednocześnie musimy podtrzymać zdrowe fundamenty – makroekonomiczne i budżetowe – dzięki którym euro osiągnęło sukces”. Zdrowych fundamentów utrzymać się nie udało, bo takowe nigdy nie istniały. Euro było naznaczone wadą wrodzoną, tak charakterystyczną dla Unii Europejskiej, która od wielu już lat funkcjonuje na zasadzie „byle do przodu”. Ulubione powiedzonko eurokratów mówi, że z Unią jest jak z rowerem – żeby nie upaść, trzeba cały czas pedałować. Niestety, coraz więcej jest pedałujących, ale coraz mniej jasności co do kierunku, w którym rower powinien jechać. Euro było ustępstwem ze strony Niemiec. „Fantem”, zabezpieczeniem, gwarancją pokojowych intencji nowej europejskiej potęgi. A także pewnego rodzaju posagiem, wniesionym do poligamicznego unijnego małżeństwa. Wkrótce okazało, że wspólny pieniądz, którego niemieccy obywatele tak bardzo się obawiali, przyniósł ich gospodarce ogromne korzyści, a tym państwom, które „dostąpiły zaszczytu” używania tej samej waluty co mieszkańcy Berlina, Hamburga czy Monachium – sporo zmartwień. Euro pozwoliło Niemcom ugruntować ich pozycję eksportowego giganta. Euro dało im ogromną przewagę w relacjach z innymi krajami UE, które w euforii zaciągały tanie kredyty w nowej walucie, by kupować niemieckie produkty i usługi (łącznie z Grekami, wydającymi niebotyczne kwoty na przeboje niemieckiego przemysłu zbrojeniowego). Euro umożliwiło ekspansję niemieckich banków. Euro wreszcie – po latach – dało Berlinowi możliwość wpływania na politykę gospodarczą innych państw, o co tak bardzo zabiegał, choć bezskutecznie, Helmut Kohl.