Relacja Live

30.05.2013

10:24

Weekendowo:

Tajemnica gabinetu prezydenta - tak prezydent ściska premiera, kiedy nikt nie patrzy

Premier Donald Tusk na konferencji prasowej powiedział "nie ma tygodnia żebym nie rozmawiał z prezydentem". I faktycznie, wśród zdjęć w archiwach Kancelarii Prezydenta można znaleźć fotograficzne ślady rozmów premiera Tuska i innych czołowych osób w państwie z Bronisławem Komorowskim w jego prezydenckim gabinecie. Jak one wyglądają?

Zdjęcie tytułowe zrobiono 6 maja, podczas ceremonii odwołania Jarosława Gowina i powołania na stanowisko ministra sprawiedliwości Marka Biernackiego.

To zdjęcie zrobiono podczas spotkanja w gabinecie przed inną ceremonią- powołania Janusza Piechocińskiego na stanowisko wicepremiera, w grudniu ubiegłego roku.



A tak wyglądaja rozmowy przy okrągłym stoliku w gabinecie prezydenta:



Tak premier wyjada prezydentowi czereśnie:



Tu do spotkania dołączył szef Kancelarii Prezydenta, Jacek Michałowski:



Tu zaś pojawił się z iPhonem Paweł Lisiewicz, szef gabinetu prezydenta:



A tu spotkanie w szerszym gronie, z marszałek Sejmu i ministrem Rybickim.



I tu ponownie w tym samym składzie:



Tu dołączył jeszcze marszałek Borusewicz:



A tu prezydent sam na sam z panią marszałek



Bonus: a tak wygląda prezydent odbierając SMS-a



 

fot. Wojciech Grzędziński, Lukasz Kamiński/ Kancelaria Prezydenta RP


10:23

Inspekcja Sanitarna: Uwaga na uzdrawiające obrazki z Janem Pawłem II. Część z nich jest rakotwórcza

15:21

Marty Baron, człowiek który ma uratować Washington Post, stawia na dziennikarstwo w starym stylu

Rocznica wybuchu afery Watergate była nie tylko przypomnieniem czasów Nixona, ale ery w której Washington Post był jednym z najważniejszych dzienników w USA. Teraz WaPo (jak się skrótowo określa gazetę) jest cieniem swojej dawnej potęgi. Marty Baron, człowiek który ma przywrócić jej blask stawia na dziennikarstwo w klasycznym stylu. Unika żargonu nowych mediów, a jego konto na Twitterze śledzi tylko 5 tysięcy osób.

Marty Baron, nowy naczelny dziennika ma za sobą bardzo duże doświadczenie dziennikarskie. Jako naczelny Miami Herald zajmował się między innymi takimi tematami jak powrót Eliana Gonzaleza na Kubę i sądową walką o wynik wyborów prezydenckich w tym stanie.  Później Boston Globe pod jego kierownictwem zdobył nagrodę Pulitzera za reportaże o skandalach pedofilskich w Kościele. Baron został naczelnym Washington Post pod koniec grudnia 2012 roku.

Teraz, po kilku miesiącach jego praca jest obiektem bardzo intensywnego zainteresowania mediów. Najgłośniejszym tekstem o nowym naczelnym jest jego sylwetka opublikowana przez National Journal. Christ Frates opisuje trudną sytuację w której znalazł się Washington Post. Konsultanci polityczni i medialni nie są już tak bardzo zainteresowani gazetą jak niegdyś. Ważny jest  The Wall Street Journal czy The New York Times, ale nie WaPo. Z drugiej strony - jak zauważa Frates - dziennik musi zmagać się z coraz większą konkurencją ze strony wyspecjalizowanych serwisów internetowych, które "zjadają" jego wpływy w Waszyngtonie, i uwagę polityków czy dziennikarzy.

'Dziennik jest więc oblężony z wielu stron, traci nie tylko wpływy i miano kluczowego źródła informacji, ale także nakład i zyski z reklam. Jeden z najważniejszych symboli dziennikarstwa, redakcja w której Woodward i Bernstein rozpracowali aferę Watergate powoli staje się tylko miejscem o którym wspomina się w kategoriach utraconej potęgi i znaczenia.

Marty Baron ma temu zapobiec. Być może to typowa "mission impossible", ale człowiek który ma na swoim koncie tak duże osiągnięcia nie zamierza się poddawać. Z tekstu National Journal  wynika, że jego recepta jest prosta: to dziennikarstwo w starym stylu. Newsy, newsy, newsy, tekst śledcze, reportaże. Baron to zaprzeczenie stylu powszechnego teraz w USA - nie skupia się na autopromocji, nie udziela się na Twitterze (publikuje tam tylko linki do tekstów), nie ma bloga na Tumblr. Ale dla niego liczy się coś innego. Koledzy uważają, że jest bardzo wymagającym, ostrym szefem. Jednak  bardzo go chwalą: "Baron ma najlepsze wyczucie jeśli chodzi o to co jest ważne w tekstach, a co nie, jaki temat wart jest dalszego zainteresowania a który należy odrzucić" - mówi jeden z nich. Baron jest całkowicie oddany swojej pracy, i nie bardzo interesuje go cokolwiek innego.  Chce wrócić do źródeł sukcesu dziennika - czyli podawania "twardych" informacji, a nie angażować się w innowacje internetowe tylko dla samej innowacji.  Nie oznacza to że odrzuca internet - byłoby to niemożliwe - ale ewidentnie to nie jest dla niego kluczowa rzecz w przyszłości dziennika.

Baron uważa też, że należy poświecić szybkość na rzecz dokładności, nawet kosztem zwiększonej liczby wejść na stronę Washington Post. Nieprzestrzeganie tej zasady doprowadziło - na przykład w trakcie zamachu w Bostonie - do wielu kompromitujących sytuacji dla tak prestiżowych redakcji jak AP. Baron nie chce uczestniczyć w takim wyścigu.

Ta metoda- zero autopromocji, nacisk na teksty śledcze i newsowe, niechęć do wyścigu w sieci (stawia na dokładność nie  zaś szybkość) sprawia, że Baron wyróżnia się w swoim środowisku. Czy dzięki temu odniesie sukces? Stawką jest Washington Post, a także - w pewnym sensie - przyszłość tradycyjnego dziennikarstwa jako takiego.

fot. necn.com


19:04

Były CEO Google chce wykorzystać narzędzia analityczne sztabu Obamy w działalności komercyjnej

Były CEO Google Eric Schmidt bardzo aktywnie pomagał sztabowi prezydenta Obamy w trakcie kampanii w 2012 roku. Wtedy był konsultantem szefa kampanii Jima Messiny, pomógł też zatrudnić ludzi którzy zbudowali machinę analityczną, która tak dobrze rozpoznała potrzeby wyborców prezydenta. To wykorzystanie Big Data w kampanii było jednym z przełomowych wynalazków sztabu. Teraz Eric Schmidt chce przenieść sukces prezydent na komercyjny grunt.

Firma konsultingowa Civis Analytics - której  wspówłaścicielem jest Schmidt - ma służyć właśnie do realizacji tego celu. Pracują w niej weterani zespołu analitycznego Obamy (zwanego "Jaskinią") by zmienić swoje doświadczenie na usługi oferowane korporacjom i organizacjom pozarządowym.

Na czym polegało nowatorskie podejście zespołu prezydenta? Jak pisze BloombergBusinesweek, podobnie jak w sferze komercyjnej, konsultanci polityczni oferowali rozwiązania kierowane do konkretnych grup wyborców (klientów). Takimi grupami są np. "soccer moms" - czyli w skrócie gospodynie domowe. Dzieląc arbitralnie elektorat na tak szerokie grupy, można było dostosowywać przekaz kampanijny. Sztab Obamy zerwał z tym rozwiązaniem. Zamiast ad hoc dzielić elektorat, analizował każdego wyborcę osobno - za pomocą kilkudziesięciu parametrów, na podstawie danych socjologicznych, map wyborczych, danych z Facebooka i sieci społecznościowych czy też uzyskanych przez wolontariuszy. W ten sposób powstawały modele całego elektoratu, bez przyporządkowywania ludzie do dużych grup. Obama i jego doradcy w ten sposób dostosowywali też, personalizowali, przekaz swojej kampanii, zwłaszcza w internecie.

To podejście przyniosło dobre rezultaty. Jak pisze  BloombergBusinesweek, Obama zdobył w ten sposób 5 mln nowych wyborców, i zdeklasował Romneya w wielu regionach USA. Republikanie nie zdawali sobie nawet sprawy, że istnieją wyborcy o których przez wiele miesięcy zabiegał prezydent. To było przyczyną ich bolesnego zaskoczenia w listopadzie.

Teraz kampania się już skończyła, a Schmidt chce aby historia Obamy powtórzyła się u komercyjnych klientów jego firmy. Rozwiązania wypracowane w czasie kampanii podniosły jej skuteczność o około 15% , co może oznaczać zwycięstwo lub klęską każdej kampanii reklamowej. Dlatego też strategia oparta Big Data ma nie tylko być skuteczne politycznie - ale także stanie się w wizji Schmidta bardzo lukratywnym biznesem.

fot. Techcrunch CC BY 20


20:07

Zdjęcie Schetyny z Paryża, które zobaczycie tylko dzięki nam, świadczy o słabości rywala Donalda Tuska w walce o większą polityczną stawkę

Grzegorz Schetyna, prawdopodobny rywal premiera w walce o przywództwo w partii rządzącej, robi bardzo niewiele, by skorzystać z atrakcyjnej politycznie funkcji szefa komisji spraw zagranicznych i dzięki niej podbudować swoją pozycję. Nie widać, by szefowanie najbardziej prestiżowej komisji parlamentarnej było dla niego żywiołem, dzięki któremu jego wyborcy w PO mogliby w nim ujrzeć przyszłego premiera i dostrzec pasję przywódcy.

Najbardziej prawdodobny kontrkandydat Donalda Tuska na szefa Platformy i szef komisji spraw zagranicznych odbył oficjalną wizytę w Paryżu. Schetynie towarzyszyła delegacja komisji, a w niej m.in posłowie: Witold Waszczykowski, Tadeusz Iwiński i Robert Tyszkiewicz, jeden z bliskich stronników Schetyny w Platformie. I to z jego Facebooka pochodzi jedyny, bardziej namacalny ślad tej wizyty, w postaci powyższej fotografii.

O aktywności Schetyny w tak politycznie prestiżowej roli, jak szef sejmowej komisji międzynarodowej nie wiemy dosłownie nic. Światło dzienne, dzięki publikacji Rzeczpospolitej o sprawie Akronu i azotów, ujrzały strzępki kulis wizyty delegacji komisji ze Schetyną na czele w Moskwie. Ale i to jedynie dzięki opisom prób lobbyingu rosyjskich polityków na polskich w sprawie przejęcia Azotów.

Schetyna, poprzez brak maszyny informującej o swojej aktywności międzynarodowej nie buduje kapitału ze sprawowania tak atrakcyjnej politycznie funkcji. Nie wspominając już kontekstu mowych mediów takich jak FB i Twitter, które w przypadku Schetyny szczególnie leżą odłogiem, co wygląda dość uderzająco choćby w zestawieniu z ogromną w nich aktywnością nawet pielęgnującego wizerunkową staromodność i konserwatyzm Jarosława Gowina.

Abstrahując od Internetu, w przeszłości szefowie sejmowej KSZ byli politycznymi gwiazdami, czego dowodem była aktywność Bronisława Geremka, który jako nawet opozycyjny szef KSZ urastał do roli kogoś w rodzaju drugiego, całkiem równorzędnego, a czasem wręcz pierwszorzędnego ministra spraw zagranicznych. Bardzo podobnie rzecz się miała z Czesławem Bieleckim, szefem komisji w czasach polskiego akcesu do NATO. Wszyscy doskonale pamiętają jego misję do Kongresu USA, gdy ważyła się sprawa akceptacji Kapitolu dla rozszerzenia Paktu.

Tymczasem, przykład niewykorzystanej informacyjnie misji Schetyny w Paryżu pokazuje jak bardzo najpoważniejszy konkurent premiera marnuje okazje, by zbudować i swoją reputację przywódcy na tle wręcz przesadnie opierającego się na sprawach międzynarodowych premiera. I to w sytuacji, gdy dość niedawno oficjalną wizytę w Paryżu składał prezydent Komorowski, któremu strona francuska udostępniła prawie wszelkie (poza wystąpieniem przed Zgromadzeniem Narodowym), osiągalne w dyplomatycznym protokole atuty wizerunkowe. Na marginesie, pewnie w związku z dużymi kontraktami, na jakie francuski biznes liczy w polskiej gospodarce.

Co do wymiaru politycznego niewykorzystanych szans Schetyny na arenie międzynarodowej, to nie wróżą one najlepiej umacnianiu wiary jego zwolenników w to, że może on nawiązać z Tuskiem nawet wyrównaną rywalizację o aspekty symboliczne, które na Polakach, nawet wbrew rozsądkowi robią duże wrażenie. A do nich należy, co prawda, pusto brzmiące,ale dla rodaków wciąż ważne pojęcie pod tytułem "znaczenie Polski w Europie". To polityka międzynarodowa, światowi liderzy, flagi, są dziś najistotniejszym elementem przywódczego "pulpitu", zwłaszcza w przypadku Donalda Tuska. Nawet jeśli faktycznie oznacza ono kilkaset polskich flag wywieszonych na przykład na Polach Elizejskich, lub "photo op" z prezydentem Hollandem (jak w przypadku Komorowskiego ostatnio), to ono istnieje. Trudno, by polityk poważnie aspirujący do funkcji szefa rządzącej partii, a być może i premiera, mógł nie mieć takiego wrażenia.

Czytaj też: Schetyna i Kwaśniewski w sieci 5 lat do tyłu


22:18

Memy wkraczają do polityki lokalnej
Dotąd zwykle obrywało się politykom z najwyższej półki. Teraz nikt nie może już spać spokojnie. Takich memów nie da się może znaleźć na głównych serwisach, ale krążą one między internautami z regionów. Jednym z pierwszych lokalnych włodarzy, który został takim memem jest prezydent Włocławka Andrzej Pałucki. Mieszkańcy miasta nie mogą mu wybaczyć, że pozwolił na to, by włocławski ketchup przeniósł swoją produkcję do Łowicza.