Relacja Live

20.05.2013

10:00

Smoleński zespół Macieja Laska ma problemy z komunikacją

Kiedy 2 tygodnie temu w KPRM odbyło się spotkanie tzw. smoleńskiego zespołu Macieja Laska z wybranymi dziennikarzami, wybuchł mały skandal. Samuel Pereira z "Gazety Polskiej Codziennie" podczas konferencji zapytał premiera, dlaczego nie wszyscy zainteresowani zostali zaproszeni. Paweł Reszka z "Tygodnika Powszechnego" na blogu pytał, dlaczego część dziennikarzy odbiła się od drzwi. Paweł Graś tłumaczył, że spotkanie jest w "zupełnie normalnej formule off the record". - To bzdura. Nikt nie informował, że będzie zamknięte - mówił mi potem obecny na spotkaniu w Kancelarii Premiera znany dziennikarz.

Zespół Laska, zdaje się, zrozumiał swój błąd. W mijającym tygodniu, już w mniejszych grupach, do Ministerstwa Transportu zostali zaproszeni dziennikarze na spotkanie z członkami komisji. Deklarowali oni, że regularnie chcą rozmawiać z przedstawicielami mediów. Ale problem jest inny. Techniczne aspekty tragedii z 10 kwietnia (a w takim tonie odbyła się większa część dyskusji) są ważne i ciekawe, ale dla przeciętnego Kowalskiego kompletnie niezrozumiałe. Co najwyżej kilkunastu branżowych dziennikarzy w Polsce jest w stanie pojąć skomplikowaną terminologię. A przecież, zgodnie z deklaracjami, zespół miał prostym językiem przedstawiać najważniejsze rzeczy, które zostały powiedziane w raporcie komisji Millera. Na tym tle Antoni Macierewicz wypada bardziej przejrzyście.

Tempo i ton debaty politycznej w Polsce w dalszym ciągu dyktuje kilka kanałów informacyjnych. Tyle tylko, że przedstawiciele komisji nie do końca to rozumieją, bo nie są dziennikarzami. Duży wpływ mają wieczorne dzienniki informacyjne. Z danych Nielsen Audience Measurement wynika, że w kwietniu "Wiadomości" TVP z 3,69 mln oglądalnością były najpopularniejszym programem informacyjnym w grupie wiekowej 4+. "Fakty" TVN i "Wydarzenia" Polsatu oglądało odpowiednio 3,53 mln i 2,38 mln osób. Razem daje to prawie 10 milionów widzów.

Szef PKBWL udzielił wprawdzie wywiadu "Rzeczpospolitej" i "Faktowi", był też gościem "Kropki nad i" w TVN24, ale nic ponadto. Program Moniki Olejnik ogląda średnio 389 tys. widzów. Zespół ze swoimi tezami musi przebić się do szerszej publiczności. Na razie nie ma nawet własnej strony internetowej. Niedługo ma odbyć się konferencja prasowa zespołu. Mają być na nią zaproszeni wszyscy dziennikarze, także ci z "GPC". Ale przekaz musi być jasny i prosty. - Bardzo trudno w prosty sposób wytłumaczyć szczegóły katastrofy - mówili członkowie komisji. To prawda. Ale posługiwanie się specjalistycznymi sformułowaniami niczego w świadomości Polaków nie zmieni.

Zespół Laska ma przed sobą trudne zadanie. Z niedawnego sondażu Homo Homini dla "Rzeczpospolitej" wynika, że w zamach wierzy niemal 32 proc. Polaków. Dla porównania, w pierwszą rocznicę katastrofy było to zaledwie 8 proc. (sondaż TNS OBOP dla "Polityki"). Nawet jeżeli są to dwa inne ośrodki badania, to trend jest ewidentny. Katastrofa smoleńska staje się dla rządu problemem. I będzie nim tym bardziej, jeżeli za rok okaże się, że w zamach wierzy nie 30, ale 50 procent Polaków.

Fot. Grzegorz Rogiński/KPRM


09:14

Wypowiedzi poranka. Macierewicz: Nie wybieram się do Brukseli. Nowak: Poprosiłem kancelarię o wycofanie wniosku o 30 milionów
Tomasz Nałęcz o PO w Sygnałach Dnia PR1: Nie dziwią mnie tarapaty sondażowe PO. Tryumfalizm PiS jest przedwczesny. Jeśli forma przychodzi na dwa lata przed olimpiadą, to dana ekipa nie może myśleć ze spokojem o wynikach olimpijskich. Uważam, że w PO drzemią jeszcze duże pokłady politycznych możliwości, Donald Tusk to jeden z najwybitniejszych polityków ostatniego dwudziestolecia, ci którzy uważają, że PO i Tusk są skończeni popełniają gruby błąd polityczny. O rekonstrukcji rządu: To poza ruchem personalnym, musi być istotny ruch programowy. Ludzie muszą widzieć, że dobiera się nowych ludzi do nowych zadań, i że to daje nową nadzieję. Rafał Grupiński w RMF FM o rekonstrukcji rządu: Ta zmiana musi też być połączona z nowym otwarciem, nowym etapem programowym działań rządu i Platformy zarazem. Inaczej czyste ruchy personalne nie mają sensu. Każda zmiana personalna dziś, po tych kłopotach które mieliśmy, musi się wiązać z konkretnymi zadaniami dla tych osób. O związkach partnerskich: Nie chce podziałów w klubie. Na razie nie mamy co do tego zgody części naszej grupy konserwatywnej, będziemy o tym dyskutować. Zależy mi na zmianach, ale też nie chcę niczego forsować na siłę. Sławomir Nowak w Sygnałach Dnia PR1: Jestem spokojny o swoje sumienie. Zwróciłem się do kancelarii o wycofanie tego wniosku [o 30 milionów zabezpieczenie przed sprzedażą innemu właścicielowi]. Za dużo jest nieporozumień, szumu medialnego. Nie chodziło o żadne odszkodowanie, nie chcę od tej gazety ani złotówki dla siebie. Nie chce brudnych pieniędzy od tej gazety. Chcę, aby ta gazeta przeprosiła mnie za to co o mnie wypisywała. Nie mam żadnych niejasnych powiązań z biznesmenami, nigdy nikomu w żadnym biznesie nie pomagałem i nie wymieniałem się z żadnymi zegarkami. Antoni Macierewicz w Polityce przy kawie TVP1: Nie wybieram się do Brukseli, mam dużo rzeczy do zrobienia w kraju związanych ze smoleńską tragedią. O Macieju Lasku: Lasek reprezentuje rosyjskie tezy. Julia Pitera w "Gościu Poranka" TVP Info Serafinie: O sprawie Władysława Serafina mówię od dwóch miesięcy. To temat mojej interpelacji. Ministerstwo Rolnictwa absolutnie powinno zawiadomić prokuraturę. O sytuacji w PO: Przyrost poparcia dla PiS w sondażach jest w granicy błędu statystycznego. To my coś zgubiliśmy. PO zgubiła centrum. Za dużo się mówi o skrajnościach.Zawodzi mechanizm monitorowania, brakuje reakcji na bieżąco. Jarosław Gowin przekracza pewne granice. Próbuje kreować wewnętrzną rozgrywkę, a to niedobrze. O dzisiejszym spotkaniu central związkowych: Związki zawodowe nie pogrzebią rządu. Trzeba pamiętać, że ich działania dotyczą niewielkiego procenta pracowników. O M.Bonim i cyfryzacji: Administracja i cyfryzacja powinna być kierowana z pozycji szefa rządu. Adam Hofman w TVN24:  Ponieważ lider opozycji nie ma ochrony, mimo że kiedyś miał, ale małostkową decyzją PO została ona zabrana, to my będziemy swojego prezesa chronić Andrzej Halicki w TOK FM o ministrze transportu: Jesteśmy rzeczywiście w trudnej sytuacji, ale nie chciałbym oceniać każdego ministra osobno. Dzisiaj w Platformie mamy pytanie zasadnicze, jak PO będzie realizowała swoje cele. fot. TVP1

09:18

PILNE:

"Wprost" chce 30 mln zł odszkodowania od Sławomira Nowaka

11:32

W 2015 Jarosław może być w opozycji w Sejmie, ale rządzić w Senacie

Już z dzisiejszymi wynikami preferencji partyjnych z majowego CBOS, analizując mapę poparcia w regionach, sporządzoną przez kalkulatorpolityczny.pl można założyć, że istnieje bardzo wysokie prawdopodobieństwo, że w następnych wyborach PO straciłaby samodzialną większość w Senacie, a koalicyjny PSL by z niego całkowicie mógł wypaść.

Porównanie mapy poparcia dla partii, sporządzonej na podstawie analizy serwisu kalkulatorpolityczny.pl w oparciu o majowy pomiar CBOS pozwala na postawienie założenia, że nawet jeśli PO udałoby się stworzyć większość wystarczającą do sformowania rządu, np. z PSL i SLD, albo samym SLD, to PiS mógłby zbliżyć się do kontroli nad Senatem. Opozycja zyskałaby silny mechanizm blokujący a co najmniej utrudniający rządzenie (przy konstytucyjnej większości bezwzględnej wymaganej do odrzucania poprawek Senatu).

Sam kalkulatorpolityczny.pl zaznacza, że pracuje dopiero nad formułą przeliczania poparcia dla partii na okręgi senackie, więc analiza 300polityka na podstawie rozkładu poparcia w okręgach sejmowych i jego wpływu na wybory senackie ma charakter mocno orientacyjny.

Przy orientacyjnym założeniu, że PO traci równomiernie poparcie w okręgach senackich byłoby obecnie co najmniej aż 13 zagrożonych senatorów PO:

senator Tadeusz Arłukowicz, Białystok, okr. 60
senator Ireneusz Niewiarowski, Konin, okr. 93
senator Piotr Gruszczyński, Konin, okr. 92
senator Tadeusz Kopeć, Bielsko- Biała, okr. 79
senator Rafał Muchacki, Bielsko-Biała, okr. 78
senator Marian Poślednik, Kalisz, okr. 94
senator Ryszard Bonisławski, Łódź, okr. 24
senator Andrzej Owczarek, Sieradz, okr. 26
senator Stanisław Hodorowicz, Nowy Sącz, okr. 36
senator Jarosław Lasecki, Częstochowa, okr. 68
senator Łukasz Abgarowicz, Warszawa obwarzanek, okr. 41
senator Bogdan Klich, Kraków II, okr. 33
senator Janusz Sepioł, Kraków II, okr. 32


2 zagrożonych senatorów PSL:

senator Andżelika Możdzanowska, Kalisz, okr. 95
senator Józef Zając, Chełm, okr. 18

Ale to jeszcze nie wszystko, ponieważ w części okręgów- np. toruńskim i legnickim poparcie dla PO i PiS jest bardzo zbliżone, więc także tamtejsi senatorowie PO mają się czego obawiać.

W grze byłby także mandat w okręgu 61, po senatorze Włodzimierzu Cimoszewiczu, który zadeklarował, że nie będzie ubiegał się o reelekcję. Nie jest oczywistym, że mimo obecnie wysokiego poparcia w okręgu białostockim dla PiS, pozostałe partie nie wystawią wspólnego kandydata, jak to w praktyce wyglądało w przypadku byłego premiera.

Obecnie, w Senacie PO posiada samodzielną większość 62 ze 100 senatorów, PiS ma 30 senatorów, PSL 2, Solidarna Polska 2. 4 senatorów to niezależni.

fot. PKW, kalkulatorpolityczny.pl


12:19

Nowy sondaż: Sejm po raz pierwszy od czerwca 2012 roku tak wyraźnie zyskuje na popularności

Sejm pozostaje instytucją o fatalnych notowaniach - wynika z najnowszego, majowego badania CBOS. Ale w porównaniu z kwietniem, oceny pracy Sejmu i tak uległy znacznej poprawie. Również opinia o prezydencie się polepsza. Z badania CBOS wynika także, że stopień zainteresowania polityką nie ma istotnego wpływu na to, jak oceniana jest praca posłów. Tradycyjnie też najbardziej z niej zadowolony jest elektorat Platformy.

W majowym badaniu CBOS prace Sejmu dobrze oceniało 19% badanych. To o 6 pp więcej niż w kwietniu. Złą opinię ma o Sejmie 71% (-2). W tym roku tylko raz -  w styczniu - negatywne opinie miało o Sejmie mniej niż 70% badanych. Jak pisze CBOS: Na tle innych grup społeczno-demograficznych działalność Sejmu najczęściej krytykują młodzi respondenci (mający od 25 do 34 lat), osoby uzyskujące najniższe dochody, przedstawiciele takich grup zawodowych, jak rolnicy, prywatni przedsiębiorcy, technicy i średni personel, a także bezrobotni.

Skok popularności Sejmu jest największy od czerwca 2012 roku, gdy Sejm zyskał 7 pp dobrych ocen (z 16% do 23%).

Co więcej, stopień zainteresowania polityką nie odgrywa tutaj istotnej roli. W grupie, która mocno interesuje się polityką Sejm ma 19% dobrych ocen i 78% złych. Średnie zainteresowanie wydarzeniami politycznymi to odpowiednio 20%  i 73% złych, a niewielkie - 21%  i 70%. Elektorat Platformy ocenia Sejm najlepiej (42% ma dobre zdanie), PiS - najgorzej (tylko 11% pozytywnych ocen).

Zupełnie inaczej ma się opinia dotycząca tego jak swoją pracę wykonuje Bronisław Komorowski.



 

W tym miesiącu powiększyło się grono zwolenników prezydenta (o 3 pp) - do i tak stratosferycznego w porównaniu do Sejmu poziomu 68%. W styczniu  2013 było to aż 70% - najlepsze oceny od stycznia 2012 roku. Liczba osób negatywnie nastawionych do tego jak swoje obowiązki sprawuje prezydent spadała o 3 pp, do poziomu 21%. Jak pisze CBOS: Działalność prezydenta lepiej oceniają starsi badani (mający 45 i więcej lat) niż młodsi. Zadowolenie z funkcjonowania tego urzędu relatywnie częściej wyrażają ponadto respondenci uzyskujący wyższe dochody, mieszkańcy największych aglomeracji miejskich, ludzie o lewicowych poglądach politycznych. Z kolei niezadowolenie jest stosunkowo częstsze wśród osób mających niższe dochody, bezrobotnych, robotników wykwalifi­ko­wanych oraz wśród silnie zaangażowanych w praktyki religijne. 

Prezydenta dobrze oceniają wyborcy wszystkich partii, w tym PiS (47% zadowolonych, 43% niezadowolonych, w przypadku PO jest to 96% zadowolonych i 3% niezadowolonych).

Badanie „Aktualne problemy i wydarzenia” (276) przeprowadzono w dniach 9­–15 maja 2013 roku na liczącej 1101 osób reprezentatywnej próbie losowej dorosłych mieszkańców Polski.


13:27

Chińscy hackerzy wracają do gry

NY Times opisuje powrót aktywności chińskich hackerów, którzy znowu rozpoczęli kampanię wymierzoną w USA


13:29

Po co Yahoo Tumblr?

Robert Hof na serwisie Forbes.com analizuje przejęcie serwisu Tumblr przez Yahoo


13:31

Co dalej z AP?

Sytuacja agencji AP po tym, jak administracja Obamy zażądała billingów reporterów w związku z wyciekiem tajnych informacji rządowych


13:51

Wałęsa:

Borusewicz był "Bolkiem"

13:52

Nowa ofensywa Obamy

Prezydent Obama rozpoczyna ofensywę, która ma być politycznym odbiciem po serii skandali w jego administracji - pisze National Journal


13:56

Kto w sztabie Hillary w 2016 roku?

Washington Post opisuje kto z doradców Hillary w 2008 roku może powrócić w hipotetycznej kampanii byłej sekretarz stanu w 2016


17:42

Media społecznościowe coraz ważniejsze w Brukseli. Wyspecjalizowane serwisy pomagają śledzić prace PE

Media społecznościowe powoli podbijają Brukselę i Strasburg - tak przynajmniej wynika z badania "Digital Pulse" przygotowanego przez znaną brytyjską firmę sondażową ComRes. W tym badaniu okazało się, że posłowie do parlamentu europejskiego zaczynają bardzo intensywnie korzystać z mediów społecznościowych, takich jak Facebook czy Twitter. Powstały już wyspecjalizowane serwisy, które pomagają śledzić to co się dzieje w sieci i to co publikują eurodeputowani.  W chwilach gdy PE pracuje na wysokich obrotach - jak w tym tygodniu, gdy trwa sesja plenarna w Strasburgu - zyskują one szczególnie na znaczeniu.

Raport "Digital Pulse" przygotowany w 2012 roku przez ComRes nie pozostawia wątpliwości - unijna biurokracja i PE coraz częściej wykorzystują media społecznościowe. Facebook, Youtube, Wikipedia, Twitter - to serwisy, które są najpopularniejsze wśród członków Parlamentu. Aż 70% MEPów często (w definicji sondażu co najmniej raz na tydzień) korzysta z Facebooka, 35% z Twittera.



 

Nieco bardziej wstrzemięźliwi jeśli chodzi o korzystanie z mediów społecznościowych są dziennikarze i sztabowcy w Brukseli, grupa definiowania jako "influencers" w tym badaniu. Wikipedia pozostaje głównym źródłem informacji.



 

 

Jak twierdzi Philip Weiss, założyciel organizacji ZN.be podkreśla rosnące znaczenie mediów społecznościowych w Brukseli, ale jednocześnie dostrzega ograniczenia ich stosowania wynikające z samej natury unijnej biurokracji. Jak mówi, media społecznościowe - zwłaszcza w czasach kryzysu UE - wymuszają instytucjonalne zmiany, ale ten proces jest cały czas bardzo powolny.

http://youtu.be/hMvHnc2dE7I

Ze względu na swoją bardziej otwartą naturę - i dużo większą łatwość przeszukiwania informacji - na razie wyspecjalizowane serwisy monitorujące działalność polityków z PE w sieci dotyczą nie Facebooka a Twittera. Wśród nich można wyróżnić dwa - EuropaTweets oraz EP Newshub. Te projekty mają zbliżone cele - zebranie w jednym miejscu wszystkich wpisów pochodzących z PE oraz unijnych instytucji. EP Newshub umożliwia bardzo wygodne przeglądanie tweetów z ostatnich dni, ma też wbudowane filtrowanie pod względem tematów.



Na podobnej zasadzie działa serwis Europa Tweets. Ten projekt gromadzi w jednym miejscu także wpisy dziennikarzy, polityków z Komisji, przywódców UE oraz innych wpływowych graczy na brukselskiej arenie.



 

Sesja PE w Strasburgu - która rozpoczęła się dziś - będzie znakomitą okazją do sprawdzenia, jak te narzędzia działają w praktyce. Tematy sesji to m.in. rozmowy USA-UE o wolnym handlu i stanowisko PE,  finalizacja daty wyborów do PE (22-25 maja 2014), wolność mediów, efekty dla środowiska wydobycie gazu ziemnego, pomoc UE dla najbiedniejszych mieszkańców kontynentu.

Media społecznościowe powoli zyskują na znaczeniu w pracach PE oraz - szerzej - w Brukseli jako takiej. Badanie ComRes pokazuje, jak dużo jeszcze pozostaje do zrobienia w tej kwestii, zarówno w sferach PE jak i wśród brukselskich insiderów. Ale za rok ten narzędzie będą już niezbędne w kampanii wyborczej i później, w trakcie komunikacji z wyborcami dotyczącej tego, co dzieje się w PE i innych unijnych instytucjach.

fot. instagram.com/europeanparliament/ComRes


18:38

Ocena pracy prezydenta USA bez zmian. Dlaczego skandale nie szkodzą Obamie?

Ostatnie dwa tygodnie w Waszyngtonie to był ciężki czas dla prezydenta Baracka Obamy i jego administracji. Skandal za skandalem - i to dość ciężkiego kalibru. A to okazuje się, że amerykański urząd skarbowy dość intensywnie skupiał się na organizacjach konserwatywnych, a to prokurator generalny sprawdza billingi dziennikarzy i reporterów agencji informacyjnej AP, a republikańscy politycy z Kongresu wciąż zajmują się sprawą śmierci ambasadora USA w zamachu w Bengazi. Biały Dom wydawał się być zupełnie zaskoczony kolejnymi skandalami i nie potrafił zareagować na polityczne ataki.

 

Republikanie zaczęli triumfować - pojawiły się opinie, że Obama jest jak Nixon, a obecne skandale są największe od czasów Watergate. Część publicystów zaczęła się zastanawiać, czy prezydent wyjdzie cało, czy będzie potrafił  ogarnąć polityczną walkę na wielu frontach, i jak bardzo pokiereszowana będzie administracja rządowa. Tymczasem kolejne sondaże pokazują, że choć Amerykanie zwracają uwagę na skandale i uważają, że są one poważne, to wciąż nie zmieniają zdania na temat pracy prezydenta - oceniają ją pozytywnie.

Według trzech sondaży różnych ośrodkow badawczych obywatele USA wciąż uważają, że Barack Obama dobrze sprawuje urząd - w ankiecie Gallupa pozytywnie pracę prezydenta ocenia 50% badanych, źle 43% (właściwie bez zmian w porównaniu wyników sprzed miesiąca, wtedy to było odpowiednio 51%-42%). Nic w ocenie pracy Obamy nie zmieniło się także u Rasmussena - według nowego sondażu to 49%-49%, miesiąc temu było to... 49%-49%. Jedyną wyraźniejszą zmianę pokazuje sondaż ORC dla CNN - ale wciąż w granicach błędu statystycznego. Według tego sondażu zwiększyła się liczba mieszkańców Stanów Zjednoczynych, którzy są dobrego zdania o tym, jak prezydent wykonuje swoją pracę - 53% uważa, że dobrze, 45%, że nie (miesiąc temu 51%-47%).

Co więcej, jeśli się wczytać w raporty, to Amerykanie ufają prezydentowi, nawet jeśli uważają, że skandale są poważne. Według ostatniego badania ORC dla CNN (link do pełnego raportu w PDF) 65% Amerykanów ma złe zdanie o IRS (skrót od The Internal Revenue Service, jest to amerykański urząd skarbowy), ale nawet jeśli olbrzymia część (85%!) uważa, że sprawa jest bardzo ważna, a działanie skarbówki było nie do przyjęcia (taką opinię wyraziło 71% ankietowanych), to wciąż uznają, że Barackowi Obamie można ufać - 61% uważa, że to, co prezydent powiedział publicznie na ten temat, jest prawdą. 55% uważa, że to IRS działało na własną rękę (37%, że na zlecenie Białego Domu).

Dlaczego, choć media i polityczne elity są przekonane, że Biały Dom trapiony jest poważnymi skandalami, Barack Obama nie traci na popularności?

Po pierwsze - Ameryka to nie Waszyngton. A raczej - nie tylko Waszyngton, ale z pewnością to, co interesuje polityków i media polityczne poza amerykańską stolicą może nie wydawać się  aż tak ważne. Amerykanom co innego zaprząta głowę - bezrobocie, czy nawet pogoda (np. pojawiające się ostatnio w wielu stanach tornada). Owszem, media polityczne czy telewizje informacyjne żyją skandalami, ale na jedynkach lokalnych gazet pojawia się co innego. A przy kolacji z pewnością nie rozmawia się o tym, jak i czy amerykańska administracja zapewnia bezpieczeństwo pracownikom ambasad.

Po drugie - Republikanie przyzwyczaili wyborców do tego, że ustawicznie krytykują prezydenta. Niczym chłopiec z bajki Ezopa, który wołał o pomoc, nawet gdy jej nie potrzebował (a gdy wreszcie wilk się pojawił, nikt nie ruszył mu z pomocą), Republikanie wciąż krzycząc o kolejnych skandalach w administracji Baracka Obamy doprowadzili do tego, że nawet jeśli pojawiają się prawdziwe skandale, Amerykanie już ich nie słuchają. To zresztą problem Partii Republikańskiej - potrafią komunikować się tylko ze swoimi zwolennikami, czyli przekonują już przekonanych. Część liderów GOP zdaje sobie z tego sprawę i próbuje poskromić retoryczne popisy swoich partyjnych kolegów - zalecając im cierpliwość, by skandale, a właściwie zła reakcja na nie polityków republikańskich, nie obróciły się przeciwko im samym.

Po trzecie - skandale dotyczą trudnych spraw, a relacjonujące je media czy politycy nie potrafią przedstawić tego w prosty czy przejrzysty sposób. O ile Białemu Domowi może zależeć na tym, by zanudzić wyborcę czy odbiorcę mediów wieloma szczegółami, i unikać przedstawiania spraw w kategoriach dobrze-źle, to  jednak Partia Republikańska powinna dążyć, by nie tylko jej wyborcy zrozumieli, czego dotyczą skandale. A na przykład 39% osób, które uważają, że sprawa zamachu w Bengazi jest bardzo ważna, nie ma pojęcia, gdzie właściwie jest to Bengazi (nie mówiąc już o tym, że niektórzy mają problem z właściwą pisownią tej nazwy). Co więcej, okazuje się, że politycy GOP, którzy udostępniali mediom maile, jakie pracownicy i doradcy Białego Domu wysyłali tuż po ataku na ambasadę w Bengazi we wrześniu zeszłego roku, dokonywali w treści tych maili zmian - podkręcając czasem ich wymowę niezgodnie z pierwotną, oryginalną treścią.

Jeśli chodzi o zaufanie, to Amerykanie, choć są niezadowoleni z reakcji Białego Domu, wciąż uważają, że w sprawie zamachu w Bangazi prezydent nie wprowdził ich w błąd.

Po czwarte - Republikanie nie trzymają się jednego przekazu. Według sondaży większość Amerykanów nie jest zadowolona ze sposobu, w jaki administracja Obamy reagowała na to, co się zdarzyło w Bengazi, ale pomimo wysiłków Partii Republikańskiej ich liczba nie wzrasta. Poza tym podczas kampanii wyborczej to Barack Obama był głównym celem ataku Republikanów w związku z zamachem w Bengazi, w którym zginął ambasador USA w Libii Christopher Stevens - ale nie miało to żadnego wpływu na wynik wyborów. Teraz wydaje się, że GOP zmieniło front - pytania i postępy w przesłuchaniu dotyczącym Bengazi, jakie teraz ma miejsce w Kongresie, sugerują, że teraz skupiają się przede wszystkim na Hillary Clinton (potencjalnie najmocniejszej kandydatce podczas wyborów prezydenckich w 2016). Poza tym, największym skandalem byłoby, gdyby prezydent Obama był bezpośrednio związany ze skandalami - choć dotyczą one jego administracji, to nawet Republikanie przyznają, że nie ma dowodów, by prezydent wiedział np. o tym, że urząd podatkowy skupił się na organizacjach konserwatywnych, lub że prokuratura bada billingi dziennikarzy AP. Z jednej strony więc obarczają prezydenta winą za skandale, jednocześnie przyznając, że nie ma na to twardych dowodów.

 

Co dalej? Czy Biały Dom ma szansę poradzenia sobie z piętrzącymi się skandalami?

Paradoksalnie, choć Biały Dom reaguje dość anemicznie, to jednak zgodnie z oczekiwaniem obywateli. Amerykańska skarbówka (IRS) jest równie mało lubiana jak polska - Amerykanie z pewnością nie spodziewali się po niej niczego dobrego - a skandal związany z nadmiernym kontrolowaniem grup konserwatywnych tylko potwierdził ogólne złe zdanie o IRS. Szef amerykańskiego urzędu podatkowego (IRS) Steven Miller w związku ze skandalem podał się do dymisji, ale nie miał wyjścia po tym, jak prezydent Obama zapowiedział ostrą reakcję. Inaczej ma się jednak sprawa billingów dziennikarzy agencji AP. Choć fakt ich zbierania przez prokuraturę nie podoba się Amerykanom i wywołał zgodną krytykę nie tylko mediów, ale także polityków z obu partii, to jednak jest to działanie w pełni zgodne z prawem. I jest to część dochodzenia związanego z przeciekami dotyczącymi bezpieczeństwa narodowego. Choć Barack Obama i jego doradcy krytykowani są za mało przekonujące działania, wydaje się jednak, że być może jest to właściwy sposób radzenia sobie z obecną sytuacją kryzysową. Biały Dom ma szansę na przetrwanie bez większych szkód wizerunkowych - chyba że Partia Republikańska znajdzie w końcu sposob na to, by przekonać do swoich racji także wyborców umiarkowanych. Większy problem z obecnymi skandalami mają jednak politycy Partii Demokratycznej, którzy stają do wyborów w 2014 roku, i to ich szansom wyborczym mogą one zaszkodzić.

 

fot. Barack Obama w Gabinecie Owalnym, grudzień 2012, Official White House Photo by Pete Souza


 


18:58

Jobs first, czyli prawdziwy problem Donalda Tuska

Bieżące problemy Platformy: zegarki ministra Nowaka, memorandum gazowe czy krytyka dziennikarzy to tematy, które raczej nie przysporzą rządowi popularności, ale dynamika mediów powoduje, że za kilka miesięcy mało kto będzie o nich pamiętać. Dla Donalda Tuska dużo większym problemem jest bezrobocie. Dał to do zrozumienia przynajmniej kilka razy. Na ostatniej konferencji z nowym premierem Włoch Enrico Lettą mówił: Priorytetem jest walka z bezrobociem wśród młodych. W marcu: W tym roku to, co będzie dla mnie najważniejsze, to praca. Nie mam żadnych wątpliwości, że jest to także kwestia szukania pieniędzy. Swoje dorzucił też Paweł Graś w "Gazecie Wyborczej": Największe obawy Polaków związane są z rynkiem pracy. Na pewno położymy jeszcze większy nacisk na pracę.

Sprawa na swój sposób jest dramatyczna. Kryzys zdążył już obalić kilka rządów państw Unii Europejskiej. Nie wiadomo, jak wpłynie na wynik jesiennych wyborów w Niemczech. Z bezrobociem można skutecznie walczyć. Ale nie jest to wyłącznie kwestia techniczna, jak uchwalenie ustawy o związkach partnerskich. Premier może rozegrać czy sprowokować opozycję, ale na bezrobocie nie znajdzie magicznej różdżki. Nie jest to zresztą tylko jego wina, ale dla przeciętnego człowieka nie ma to znaczenia. W Grecji 27 proc. osób nie ma pracy, w tym aż 64% w grupie wiekowej 15-24. W Hiszpanii nie jest lepiej: 27,2 procent bezrobotnych, w tym 57% w wieku do 25 lat.

Na tym tle Polska nie wypada najgorzej. Bezrobocie w kwietniu spadło z 14,3 do 14 proc., chociaż to i tak więcej niż w zeszłym roku. Wiceminister pracy Jacek Męcina w RMF FM powiedział, że bezrobocie będzie spadać do połowy roku, czyli do czerwca. Pod koniec roku wskaźnik bezrobocia może dojść do poziomu 15 proc. Ostatni raz taka sytuacja miała miejsce w 2005 roku. Ludwik Kotecki, główny ekonomista Ministerstwa Finansów w niedawnym komentarzu do danych o PKB napisał: Pewnej poprawy oczekujemy dopiero w II połowie roku, pod warunkiem jednak, że nastąpi przyspieszenie tempa wzrostu aktywności gospodarczej na polskich rynkach eksportowych, które jest prognozowane przez większość ośrodków analitycznych (w tym MFW, KE, OECD). Ale to znów tylko spekulacja. Według ostatnich danych MFW w 2014 roku wzrost PKB przyśpieszy z 1,2 do 2,2 proc. To zbyt mało, by bezrobocie znacząco zmalało.

To przecież Donald Tusk w 2007 roku zapytał Jarosława Kaczyńskiego, czy wie, ile za jego rządów podrożały kurczaki i ziemniaki. Ówczesny premier nie mógł mieć decydującego wpływu na ceny. Z kolei w kluczowym momencie ostatniej kampanii, w orędziu wyemitowanym na antenie największych rozgłośni Tusk mówił, że kryzys to nie czas na naukę dla niedoświadczonych. Przekaz był oczywisty: to ja jestem kompetentny w sprawach gospodarczych. Teraz role się odwróciły. Rząd jest w kleszczach: Polska ciągle jest objęta procedurą nadmiernego deficytu, co zmusza ministra Rostowskiego do konsolidacji finansów. Obniżenie kosztów pracy lub zwiększenie wydatków raczej nie wchodzi w grę, chociaż objęcie tzw. matek I kwartału rocznym urlopem macierzyńskim to dodatkowe koszty. Budżet i tak ledwo się spina, a jego nowelizacja nie jest wykluczona.

Ale naprawdę prawdziwym dramatem dla rządu byłby gospodarczy krach w Unii Europejskiej: np. bankructwo Włoch (czwarta gospodarka w UE i jeden z filarów strefy euro), czy w mniejszym stopniu Grecji (największe zadłużenie, ale mniejsza gospodarka). Dlatego premier Tusk, co nietrudno zauważyć, próbuje wyciągać wnioski z kryzysu i w jak największym stopniu zapobiec spowolnieniu gospodarczemu.

Zapowiedzianą przez premiera w II expose spółkę Polskie Inwestycje Rozwojowe, która zwiększa rolę państwa w gospodarce, powołano w obawie przed recesją. Tyle, że program, choć ma już prezesa, nadal nie wystartował. Także liberalizacja kodeksu pracy, mocno oprotestowywana przez związki zawodowe, ma swój jasny cel. W Ministerstwie Pracy trwają prace nad reformą urzędów pracy, według której odmowa przyjęcia pracy będzie oznaczać dłuższy czas bez zasiłku. Z jednej strony może poprawi to efektywność działania urzędów, ale z drugiej - bezrobocie zostanie sztucznie obniżone. Na wtorkowym posiedzeniu Rada Ministrów ma przyjąć projekt ustawy, który wprowadzi możliwość przyznania pomocy finansowej na dopłaty do wynagrodzeń dla pracowników zagrożonych zwolnieniami.

Do tej pory Platforma z Donaldem Tuskiem na czele pozycjonowała się jako odpowiedzialna, proeuropejska formacja. Za rok Polacy wybiorą posłów do PE. Do tego czasu nie ma co liczyć na gospodarcze ożywienie. Pierwsza od sześciu lat porażka Platformy będzie rzutować na kolejne wybory: samorządowe, prezydenckie, i w końcu parlamentarne. Bezrobocie może być jednym z ważnych elementów kampanii. Kiedy PO wygrała wybory w październiku 2007 roku, bezrobocie wynosiło 11,6 procent. 4 lata później, w 2011 roku było trochę gorzej: 11,8 proc. Większy wzrost nastąpił w najmłodszej grupie wiekowej. Jak pisaliśmy na 300polityce, opozycja nie potrafi wykorzystać kłopotów rządu. Ale Jarosław Kaczyński w weekend w Szczecinie mówił: Ta władza nie przejmuje się bezrobociem i ucieczką ludzi z Polski. Mało kto pamięta, że to nie PO, ale właśnie PiS obniżył podatki, wprowadzając dwie stawki podatkowe w miejsce trzech.

Fot. Maciej Śmiarowski/KPRM