Relacja Live

02.05.2013

09:49

Brzydkie słowo na "p"

Jeśli przy wejściu na tę stronę nie wyskoczył wam komunikat o zagrożeniu i niebezpieczeństwie, to najwyraźniej tylko dlatego, że jest już za późno. Pomoc nie przyjdzie. Nazwa, w której znajduje się słowo „polityka” powinna być przestrogą dla każdego. 300Polityka albo może nawet gorzej: czysta polityka, to musi być przerażające. Z jakiś względów postanowiliście jednak zaryzykować i wejść. Może nie wiecie, że dziś na dźwięk słowa „polityka” najlepiej uciekać.

To było ciekawe widowisko. Jeden z najbardziej znanych posłów otoczył się gromadką działaczy, którzy desperacko marzą o wielkiej polityce. Postanowili wynająć salę i zaprosić do siebie wszystkie możliwe media. Wszystko po to, by obwieścić światu, że zakładają nowe stowarzyszenie. Jego nazwa nawiązuje do jednego z najbardziej znanych haseł politycznych w Polsce. Wszyscy ci ludzie myślą już o starcie do Parlamentu Europejskiego. Chcą zmieniać prawo. Chcą innego państwa. I teraz najciekawsze. Według nich, to co robią nie ma absolutnie żadnego związku z polityką. Żadnego. Ich lider Ryszard Kalisz mówił o tym wielokrotnie.

Może powinni poszukać sobie miejsca w rządzie. Tam teraz też wszyscy brzydzą się polityką. W czasie dymisji Jarosława Gowina premier mówił wyraźnie: „ministerstwo sprawiedliwości nie jest terenem do uprawiania aktywności politycznej”. Bez odpowiedzi pozostaje pytanie, jaką aktywność będzie tam prowadził polityk Marek Biernacki. Tu wcale nie chodzi o łapanie za słowa. Tu chodzi o coś ważnego.

Wieki temu Arystoteles nazwał politykę sztuką rządzenia państwem, której celem jest dobro wspólne. I teraz niespodzianka: niewiele się od tego czasu zmieniło. No może z tym zastrzeżeniem, że Max Webber dodał jeszcze kiedyś, że charakteryzuje ją dążenie do udziału we władzy. Generalnie ta polityka, to z założenia nic wstydliwego i niekoniecznie też coś złego. Polityk dobrze wykonujący swój zawód powinien być zadowolony, że ma wpływ na życie innych. Bycie politykiem z powołania to powód do dumy. Jeśli ktoś, kto uprawia politykę się tego wstydzi, to chyba coś tu nie gra.

W Polsce zawodowi politycy, jako podstawową obelgę pod adresem czyjegoś wystąpienia traktują stwierdzenie, że było ono „polityczne”. W wielu umysłach powodzenie partii zależy w dużej mierze od tego, jak długo będzie udawać, że partią nie jest. Doszliśmy w końcu do sytuacji, gdy sformułowanie „polityczna inicjatywa” wzbudza u przeciętnego człowieka mniej szacunku niż zwrot „organizacja przestępcza”. Można by o taki stan rzeczy winić polityków, ale przecież ich nie ma.

fot. 300polityka


09:21

Bronisław Komorowski: Marzy mi się Boże Ciało z czekoladowym Jezusem

09:24

Andrzej Wajda: Polacy powinni rzeźbić dwugłowe orły z czarnej czekolady i składać pod nimi kwiaty

12:54

Czy "sufler Millera" stanie się "krzykiem Deana" polskiej polityki?

Uroczystości z okazji Święta pracy przygotowane przez SLD i zaprzyjaźnione organizacja zapewne przeszłyby bez większego echa, gdyby jedno wydarzenie. "Sufler Miller" o którym od wczoraj mówi się - albo raczej z którego szydzi się - to chwila, która ma potencjał stać się jednym z najbardziej symbolicznych wydarzeń w polityce od wielu miesięcy. Czy Leszek Miller podzieli losy Howarda Deana?

Na pierwszy rzut oka porównanie lidera SLD do polityka Demokratów nie jest trafione. Okoliczności obu wydarzeń są bardzo różne. Dean szedł jak burza w prawyborach 2004 roku. Na tle swoich konkurentów wypadał świeżo i energicznie. Szybko stał się idolem lewicowych aktywistów, rozczarowanych skrętem w prawo Demokratów. Jego napędzana oddolnie internetowa kampania stała się wzorem dla sztabowców Obamy kilka lat później.

Ale przyszedł moment, gdy tryumfalny marsz Deana zakończył się. Trzecie miejsce w prawyborach w Iowa było rozczarowaniem, ale to nie wynik stał się ciosem dla kandydata. W czasie wiecu, kombinacja choroby gardła i źle działającego mikrofonu spowodowała tzw. "Dean scream".

http://youtu.be/D5FzCeV0ZFc

Jeden klip z niefortunnym okrzykiem stał się symbolem całej kandydatury. Był powtarzany i komentowany setki razy w sieciach telewizyjnych, i Dean się przed nim już nie obronił. Dla uczestników wiecu był nie do zauważenia, nieco podobnie jak problemy Millera dla ludzi na miejscu wczoraj.

"Sufler Millera" z 1 maja stał się wiralnym momentem, który na nieszczęście dla  przewodniczącego SLD wykracza poza jednodniową historię. Szyderstwa z lidera Sojuszu były tak bolesne dla niego i nośne w sieci, bo Miller nigdy nie uchodził za polityka, któremu brakuje słów. Ale problem jest nieco innej natury.

W przypadku Deana krzyk potwierdził cechę tego polityka, którą uważano za jedną z jego głównych przeszkód do zdobycia nominacji: jego temperament. Dean uchodził za młodego, niedoświadczonego i przede wszystkim zbyt niecierpliwego by walczyć z Bushem. Krzyk - odczytany jako brak kontroli - potwierdził przeświadczenie, że Dean ma problemy z własnym charakterem.

http://youtu.be/0hieAnyh7ZM

Moment z wczorajszego wiecu SLD jest wykorzystywany przez jego politycznych przeciwników jako potwierdzenie (funkcjonującego już wcześniej u niektórych przeświadczenia), że szef Sojuszu nie może być już liderem lewicy ze względu na wiek.


To właśnie potwierdzenie wcześniejszego (wypowiadanego ciszej lub głośniej) przekonania "zabiło" politycznie Howarda Deana i było dla niego tak zabójcze? Czy tak samo będzie z liderem SLD? Na jego szczęście nie trwa kampania wyborcza, w której taki błąd przebiłby się do szerszej publiczności i wyszedł poza sferę twitterowo-memową. Ale na pewno lider SLD zadał sam sobie najbardziej bolesny cios w walce z Ruchem Palikota i Europą Plus od wielu miesięcy.

fot. https://www.facebook.com/NowoczesnaPolska


14:18

Policja:

Na odsłonięciu orła w Warszawie było około 200 optymistów. Obyło się bez zajść

16:43

Kierunek Paryż. Czy Anna Wintour zostanie ambasadorem?

O tym, że Anna Wintour, naczelna amerykańskiego "Vogue'a", może zostać ambasadorem USA mówi się już od wielu miesięcy. Jedna z najpotężniejszych redaktorek modowych świata od lat wspiera Partię Demokratyczną, brała bardzo aktywny udział w kampanii reelekcyjnej Baracka Obamy, pomagając zbierać fundusze na jej prowadzenie.

Do tej pory mówiło się, że Wintour, z pochodzenia Brytyjka, zostanie ambasadorem USA w Wielkiej Brytanii, ale po tym, jak z ubiegania się o stanowisko ambasadora Stanów Zjednoczonych w Paryżu zrezygnował Marc Lasry, inny megasponsor kampanii wyborczej Obamy, pojawiły się informacje, że do Francji może pojechać szefowa "Vogue'a", tym bardziej, że według doniesień Ala Kamena, komentatora z "Washington Post", Biały Dom chce, by amerykańskim ambasadorem w Paryżu zostala kobieta. Do Londynu trafi inna osoba związana z obiema kampanii wyborczymi obecnego prezydenta - Matt Barzun, były ambasador USA w Szwecji.

Anna Wintour  niedawno dostała spory awans w wydawnictwie Conde Nast, być może więc naczelna "Vogue'a" nie będzie mogła zmienić ani pracy, ani kontynentu, na którym mieszka.