Relacja Live

16.02.2013

12:55

Tydzień w 7 zdaniach. Miller o Kwaśniewskim, Tusk o Rybińskim, Gliński o cierpieniu

To był tydzień: PiS reaktywował "projekt Gliński", Tusk zapowiedział zmiany w rządzie, a Leszek Miller spotkał się z Aleksandrem Kwaśniewskim. Sondaż TNS pokazał znaczny spadek poparcia dla Platformy. A to wszystko na tle wydarzeń międzynarodowych - od abdykacji Benedykta XVI po koreańską próbę jądrową. Oto 7 "soundbajtów" tego tygodnia. 


My nie byliśmy skłóceni, jeśli pan ma na myśli moje spotkanie z Aleksandrem Kwaśniewskim. My po prostu mamy różne fazy tej samej przyjaźni.(...) my starzy weterani, starzy rewolwerowcy nie będziemy sobie wpadać w ramiona". Leszek Miller w rozmowie z Konradem Piaseckim w RMF FM, 15 lutego. 

Trzeba dążyć do tego, by posiadanie dzieci stało się pożądane i modne - Jarosław Kaczyński na debacie o demografii 15 lutego 

W najlepszym przypadku mogę powiedzieć, że to jest szalony pomysł. Nie jestem profesorem ekonomii, ale uważam, że 15-latek jest w stanie w ciągu dwóch minut wyliczyć, że to jest katastrofa" Donald Tusk o pomyśle prof. Rybińskiego na stypendium demograficzne, 14 lutego 

Mam nadzieję, że 8 marca polskie kobiety dostaną prezent: zamienimy Donalda Tuska na Piotra Glińskiego. Bo Tusk - porównując do warunków w domu - jest takim facetem, co obiecuje, że naprawi szafkę i nigdy nie naprawia. Trzeba go zamienić na takiego, co obieca i naprawi. Adam Hofman w Sygnałach Dnia - Adam Hofman w Sygnałach Dnia PR1, 14 lutego 

Palikot przegrał, bo uważa się za właściciela swojego klubu. Jednoosobowe decydowanie o klubie i partii jest niemożliwe. To dotyczy wszystkich - Grzegorz Schetyna w rozmowie z Konradem Piaseckim w RMF FM, 14 lutego. 

Może więc PiS miało pecha. Ale trochę cierpienia każdemu się przyda. Podobno to uszlachetnia - Prof. Piotr Gliński w TOK FM o poniedziałkowej sytuacji z konstruktywnym wnioskiem o wotum nieufności i abdykacją Benedykta XVI

To jest ruch, do którego PiS podchodzi już ze znużeniem. - Jacek Kurski o prof. Glińskim w TOK FM, 12 lutego 


17:47

Czy "House of Cards" będzie kiedyś serialem kultowym?

"House of Cards". Od 1 lutego - czyli od momentu gdy serwis Netflix udostępnił wszystkie 13 odcinków pierwszego sezonu - nie ma chyba drugiej tak gorącej produkcji w mediach społecznościowych i tradycyjnych. Nie tylko w USA, ale także w Polsce zapanowała moda na oglądanie tego serialu, przede wszystkim wśród ludzi którzy interesują się bądź też zajmują się zawodowo polityką. I nie bez przyczyny. Ten serial jest wyjątkowy, i to nie ze względu na nietypową metodę dystrybucji, budżet (100 mln dolarów łącznie) albo też zaangażowanie takich postaci jak Kevin Spacey czy David Fincher. "House of Cards" dobrze trafiło w moment, w którym rozczarowanie amerykańską polityką i politykami sięgnęło zenitu. Ale czy to wystarczy, by serial kiedyś stał się kultowy, tak jak jego brytyjski pierwowzór? 




Waszyngton ma obsesję na punkcie "House of Cards". Jak pisała Rebecca Berg z BuzzFeed, zwłaszcza w Kongresie pracujący tam ludzie - dziennikarze, lobbyści, asystenci i "staffersi" - są zafascynowani tym, jak bardzo realistycznie pokazano ich pracę. Od plakietek identyfikacyjnych po szczegóły pracy legislacyjnej, "House of Cards" jest chwalony za realizm. Trwają też poszukiwania pierwowzoru postaci Franka Underwooda, whipa Partii Demokratycznej, którego historia zemsty na własnym prezydencie pokazana jest w 1. sezonie serialu. Szum na Kapitolu wokół projektu serwisu Netflix jest bezprecedensowy. 




Także amerykańscy dziennikarze polityczni szeroko opisują, recenzują - i zwykle chwalą - to, jak pokazany został świat amerykańskiej polityki w serialu. Kontrowersje wzbudza bardziej ta medialna ("HoC" pokazuje także dziennikarzy politycznych) strona produkcji, a zwłaszcza postać ambitnej dziennikarki Zoe Barnes. Jej postać a także metody pracy są mocno krytykowane, uznawane za karykaturalne, absurdalne, stereotypowe a także obraźliwe dla kobiet zajmujących się dziennikarstwem politycznym. Nie ma jednak wątpliwości, że "HoC" wywołał ogromny medialny szum.  Jest to - jak się chwalą szefowie serwisu -  najbardziej oglądany serial na Netflixie, który udostępnia także dużą liczbę tradycyjnych produkcji. 




Pytanie, czy to gwarantuje sukces na miarę "West Winga" Aarona Sorkina, który jest jednym z trwałych i bardzo widocznych elementów amerykańskiej politycznej popkultury i nie tylko.  "West Wing" stał się archetypem serialu politycznego. "House of Cards" przedstawia diametralnie inną wizję polityki. Główny bohater jest amoralny i cyniczny, traktuje sprawy obywateli tylko jako narzędzia do rozgrywki o władzę. Prezydent Bartlett z serialu Sorkina był kimś zupełnie innym. Ale ponieważ rozczarowanie sparaliżowanym partyjnymi sporami Waszyngtonem jest ogromne (Kongres ma rekordowo niskie poparcie) tematyka i ton serialu będą tylko napędzać jego popularność. Pytanie tylko czy szum wokół "House of Cards" nie wygaśnie, gdyż wszystkie 13 odcinków można obejrzeć od razu. Nie ma wieloletniego budowania bohaterów i ich więzi z odbiorcami. Przez rok (zdjęcia zaczynają się wiosną do drugiego sezonu) Netflix nie pokaże nic nowego. Ale być może ten pierwszy efekt był tak duży, że serial naturalnie będzie "rozchodził się" wśród nowych odbiorców, powoli zacznie zyskiwać status kultowego i na dobre zakorzeni się w świecie amerykańskiej polityki i popkultury, tak jak to się stało w z "West Wingiem". To będzie bardzo istotny test dla siły nowych mediów w tworzeniu społecznych i medialnych trendów.