Relacja Live

01.12.2012

11:52

Jak lewica jest miażdżona w internecie

Ta kompromitacja doskonale pokazuje, jak bardzo SLD nie czuje tego wszystkiego, co dzieje się w sieci. Wraz z pomysłem delegalizacji ONR partia wsparła stronę o takiej nazwie na Facebooku. Nie minęło wiele czasu, a okazało się, że znacznie bardziej popularny jest profil, którego założyciele domagają się... zdelegalizowania samego SLD. Różnica w liczbie like\\'ów jest dla Sojuszu nokautująca i powinna sprawić, że ktoś z partii zainteresuje się w końcu poważnie jej sprawami w internecie.
.


Na polskim rynku mamy do czynienia z sytuacją, gdy prawica ma kilka portali, całą społeczność blogerów i w znacznej mierze zdominowała portale społecznościowe. Prawicowi publicyści rządzą w sieci, ale narzekają na to, że nie ma ich w „mainstreamowych mediach”, które zdominowała Platforma. Ostatnie zawirowania wokół redakcji „Uważam, rze” dają im kolejne mocne argumenty. Jednak gdzieś na uboczu sporów o naczelnych, nowe portale i kolejnych bijatyk stoi lewica. SLD nie doczekało się popularnych miejsc w sieci na których ktoś zająłby się ważnymi dla tych partii sprawami.




Możemy narzekać na twitterową aktywność polityków, którzy tak, jak Radosław Sikorski piszą za dużo albo tak, jak Mariusz Błaszczak za mało, ale z ich profili można się czegoś dowiedzieć- choćby o nich samych. Na przykład o tym pierwszym, że czasem ponoszą go emocje i ortografia, a o tym drugim, że w sumie, to jest w necie, choć go nie lubi. Zupełnie inaczej jest z profilami polityków SLD. Z nich trudno wywnioskować cokolwiek poza tym, że pewnie prowadzi je ktoś inny. Na koncie Leszka Millera najczęściej ktoś wypisuje cytaty z jego wystąpień. Profil Grzegorza Napieralskiego, to zjawisko, które swoim poziomem abstrakcji regularnie zawstydza ASZdziennik. Lider SLD dziękował już Wisławie Szymborskiej za „dawkę pozytywizmu” w jej wierszach, albo informował o tym, że będzie systematycznie chodził na basen. Miało być fajnie, a wyszło tak, jak z wyborczą piosenką Naczasa. Napieralski w kampanii mówił nawet o zapisaniu wolnego dostępu do internetu w konstytucji, ale nikt tego tematu nie podjął.




Co gorsza przez kilka lat lewicy nie udało się stworzyć wirtualnej platformy dla własnych poglądów. Blogi na lewica.pl bywają ciekawe, ale wciąż się nie przebiły. Bo sympatycy SLD bywają aktywni, ale brakuje im konsekwencji, a działania partii są bez polotu. Najbardziej obrazuje to, otwarte w czasie kampanii biuro SLD w Second Life, które zaraz po niej zostało zapomniane. Politycy lewicy wiedzą, że powinni zajmować się internetem i innowacjami, ale nie mają pojęcia, jak się za to zabrać. Sam Napieralski jeszcze w czasach, gdy słupki SLD rosły w górę twierdził, że będzie wicepremierem od nowych technologii. Jakie pomysły na innowacyjność miał magister politologii? Tego nigdy się nie dowiemy. Wiadomo natomiast, że po tym, jak Napieralski w Łodzi zarządził szukanie autostradowego klipu Cezarego Grabarczyka lokalny oddział Gazety Wyborczej zastanawiał się czy ówczesny lider SLD zna google. Bo jedyne, co trzeba było zrobić, to skorzystać z najpopularniejszej na świecie wyszukiwarki. Dziś nie jest wcale lepiej. Obecne szefostwo SLD odziedziczyło po poprzednim potrzebę mówienia o internecie, ale nie ma pojęcia, jak się po nim poruszać. Leszek Miller był swego czasu zapalonym blogerem, ale to zdecydowanie za mało, by przez sieć dotrzeć do ludzi. Aplikacja SLD na smartfony, która była dobrym pomysłem, jest tak skonstruowana, by nikomu nie chciało się z niej korzystać. W dziale „newsy” zamiast tytułów informacji można znaleźć na przykład linki. 




Aktywności w internecie partia nie może zarządzić odgórnie tylko, co najwyżej ją wspierać. Na wirtualną siłę PiSu każdego dnia pracują setki blogerów czy autorów, którzy poświęcają dla idei swój wolny czas. SLD nigdy nie mogła liczyć na takich ludzi, a przez lata nie udało jej się też stworzyć takiej grupy. W tym momencie właściwie jedynym sensownym pomysłem byłoby podpinanie się pod istniejące już platformy takiej, jak Krytyka Polityczna, albo rozwinięcie mniej znanych. Tyle, że te działania wymagają wiele czasu, a zysk z nich wcale nie jest pewny.


15:16

Maszyna wyborcza Obamy przynosiła nawet 2,5 mln dolarów po jednym mailu z prośbą o pieniądze

Każdy, kto kiedykolwiek zarejestrował swój adres mailowy na oficjalnej stronie kampanii Obamy był w tym roku dosłownie zasypywany wiadomościami z prośbą o finansowe wsparcie. Niektóre z nich były zatytułowane jak informacje od znajomych jak "cześć, tu Barack". Inne zawierały apele już w tytule: "Romney zbiera więcej niż my". Maile przychodziły często i stały się obiektem drwin. Ale jak się okazało, były niezwykle skuteczne. 




Jak pisze Bloomberg Businesweek, większość z oszałamiającej sumy 690 milionów dolarów zebranych w sieci przez sztab Obamy pochodziła z dotacji uzyskanych drogą mailową. Każda z wiadomości wysłanych do liczącej około 13 milionów adresów listy mailingowej prezydenta zawierała duży przycisk "Donate", który po kliknięciu automatycznie przenosił do strony umożliwiającej przelanie pieniędzy. 




Niektóre z wiadomości przynosiły ponad 2 miliony dolarów po wysłaniu. Rekordowa - 2,6 miliona, zawierająca temat "Będę miał mniej pieniędzy od nich" (I will be outspent). W treści maila - pisanego z perspektywy prezydenta - Obama skarżył się, że Republikanei zbierają więcej pieniędzy od niego. 




To nie przypadek, że maile były tak skuteczne. Po pierwsze, każda z wersji była bardzo mocno testowana za pomocą skomplikowanego schematu analitycznego. Sztabowcy - liczący kilkanaście osób zespół - testowali umiejscowienie linków, ton, sposób zwracania się do odbiorcy i tak dalej. Dzięki analizie poszczególnych wersji byli dokładnie w stanie przewidzieć, które maile będą przynosić największe zyski. W sztabie regularnie zakładano się o to, czy konkretny mail przekroczy jakieś określone kwoty w testach, i cały czas sztabowcy za pomocą intuicji nie byli w stanie przewidzieć, która wersja "wygra". Po sukcesie w testach, mail był wysyłany do milionów ludzi. 




Po drugie, maile były mocno personalizowane. Różne wersje wysyłano do różnych grup - treść była budowana za pomocą bloków, i niektórzy użytkownicy w kluczowych stanach dostawali bardzo mocno różnicą się wersje tej samej wiadomości.




To wszystko przyczyniło się do dużego sukcesu całej maszyny zbierania pieniędzy. Maile, które był wyszydzane za nagłówki takie jak "hej" albo "co słychać" przynosiły miliony dolarów. I teraz już nikt się nie śmieje. 


fot. BloombergBusinessweek

15:49

PILNE:

Naczelny Komitet Wykonawczy PSL po raz pierwszy w historii składa się wyłącznie z wychowanków

21:00

Agent Tomek: Byłem pod przykrywką. Udawałem zakochanego w sobie dupka o ambicjach politycznych