Relacja Live

06.07.2012

01:09

Czy Romney przyjedzie do Polski?

Amerykańscy dziennikarze spekulują na temat letnich wojaży prezydenckiego kandydata GOP, Mitta Romneya - na pewno tego lata poleci on do Izraela, gdzie spotka się z najważniejszymi politykami (m.in. z premierem Izraela Beniaminem Netanjahu, premierem Autonomii Palestyńskiej, Salamem Fayyadem, izraelskim prezydentem Szymonem Peresem, ambasadorem USA w Izraelu, Danielem B. Shapiro, a także liderami opozycyjnej Izraelskiej Partii Pracy). Taka wyprawa jest dość logicznym krokiem - podczas prawyborów tak jak inni kandydaci republikańscy (z wyjątkiem Rona Paula) Mitt podkreślał swoje przywiązanie do państwa Izrael, poza tym Republikanie krytykują politykę bliskowschodnią prezydenta Baracka Obamy. Mittowi Romneyowi brakuje też doświadczenia związanego z polityką międzynarodową, a jego doradcom często wypomina się, że ewolucja ich poglądów zatrzymała się w czasach Zimnej Wojny.
 
Z polskiego punktu widzenia interesujące są doniesienia, że sztab Romneya rozważa kolejne wyjazdy zagraniczne - Mitt ma pojechać do Londynu na otwarcie Olimpiady, a także do Niemiec i Polski, gdzie może wygłosić publiczne przemówienie. Czyżbyśmy doczekali się polskiego akcentu w tegorocznej kampanii wyborczej w USA?
 
Jeśli Mitt Romney rzeczywiście przyjedzie do Polski, to ciekawe, czy spotka go takie samo przyjęcie, jak obecnego prezydenta Francji F. Hollande'a, którego przedwyborcza wizyta w Polsce została zbojkotowana przez rządzących (ale spotkał się z nim prezydent Bronisław Komorowski i liderzy SLD).
 
 
 
 

08:25

Wicepremier Napieralski, centrowy PiS i marszałek Kluzik. Co było pewne, a nigdy się nie wydarzyło.


Początek politycznego lata 2010 w nie obfitował. Tak to już często bywa ze zbiorowymi mądrościami, że mają to do siebie, że się nie spełniają. I choć znikają trochę wolniej niż się pojawiają to i tak robią spustoszenie w rachubach co do politycznej przyszłości. Tak jak centrowy PiS, wicepremier Napieralski, wicemarszałek Kluzik- Rostkowska, czy jak bumerang wracający na polityczną falę Grzegorz Schetyna. Było pewne, a nigdy się nie wydarzyło.
 
Prezydenckie zwycięstwo Jarosława Kaczyńskiego i centrujący PiS
 
W wyborczą noc 4 lipca, gdy już było wiadomo, że Bronisław Komorowski został wybrany prezydentem, gazeta.pl zacytowała jednego z najbardziej uznanych politologów: „dr Wojciech Jabłoński uważa, że, mimo iż prezydentem będzie Bronisław Komorowski, faktycznym zwycięzcą jest Jarosław Kaczyński. Jak ocenił, dobry wynik lidera PiS, daje tej partii dobrą pozycję startową w wyborach parlamentarnych 2011 r.” 
 
Kilka miesięcy później, partia Jarosława Kaczyńskiego świętowała spektakularną wyborczą klapę w wyborach samorządowych, rok później parlamentarnych. A zwycięstwo wydawało się w zasięgu ręki.
 
Sygnał do odwrotu od strategii „bliżej centrum” dał już wyborczej nocy  w lipcu 2010 sam prezes, który w jeszcze optymistycznym, mimo prezydenckiej porażki, przesłaniu, wspomniał jednak o tym, że będzie dążył do wyjaśnienia usuniętej z głównego przekazu kampanii katastrofy smoleńskiej. Plan był taki, że tematem katastrofy zajmie się bliska zagranica PiS: Radio Maryja, prawicowe media, a sam Jarosław będzie tylko czasem puszczał oko do elektoratu „zamachowego”, domagając się spokojnie np. rzetelnego śledztwa. I na paliwie 46% z drugiej tury dowiezie swoją partię do wyborczego triumfu w wyborach parlamentarnych rok później. Wszyscy wiemy, co potem się stało.
 
Pełnia władzy wykończy Platformę
 
„Jutro obudzimy się w Polsce, w której PO ma 100 procent władzy, 100 procent odpowiedzialności i 100 procent wysokich oczekiwań społecznych.”- wieszczył w wyborczy wieczór drugiej prezydenckiej tury sam Aleksander Kwaśniewski. I były prezydent nie był odobsobniony w przekonaniu, że pełnia władzy będzie dla Platformy przekleństwem prędzej niż błogosławieństwem. Ciąg dalszy historii już znamy. Poznaliśmy go 9 października 2011. Nazywał się „39,18% dla Platformy, 29,89% dla PiS”.
 
Wicepremier Napieralski
 
Trzeci kandydat w drugiej turze, który prowadził kampanię mimo odpadnięcia z wyścigu, był fenomenem w dziejach demokracji. Strażnik klucza do parlamentarnej większości w następnym Sejmie, powszechnie zwany „wicepremierem”. Prezydenckie 13,68% Napieralskiego przy 1,75% Pawlaka i 1,44% Olechowskiego, wyglądało dumnie. Tym dumniej, że na starcie kampanii rozdający jabłka Napieralski był pośmiewiskiem politycznej warszawki i maruderem sondaży. Gwiazda Napieralskiego świeciła dość długo, a dokładnie 11 miesięcy. Ostatecznie zgasła 10 maja 2011, na trawniku przed KPRM, kiedy Donald Tusk przedstawił swojego nowego sekretarza stanu do spraw wykluczonych.
 
Transfer Arłukowicza był dla SLD lewym sierpowym. Kołyszący się na nogach zawodnik w czerwonej koszulkę reszty dzieła dokonał sam, odpychając z list Biedronia i zrażając do siebie lewicową elitę, która ochoczo pognała w ramiona Janusza Palikota. I z prawie 14% zostało 8,24% i dość wiarygodne plotki w wyborczy wieczór 2011, że przy takim wyniku mandat Napieralskiego w Szczecinie może nie być wcale taki pewny. Ale aż tak źle się nie skonczyło.
 
Wszechwładny marszałek Schetyna
 
Naprawdę mało kto na Wiejskiej zrobił w kampanii prezydenckiej 2010 tak wiele dla tak nielicznych. Nielicznych, w postaci Bronisława Komorowskiego. I ci nieliczni, oddali za to z nawiązką, wykonując na belwederskim tarasie, gdzie w lipcowe przedpołudnie 2010 spotkała się czołówka Platformy, polityczny manewr życia. „-Myślę, że Grzegorz powinien mnie zastąpić na stanowisku marszałka, co ty na to Donald?”- rzucił z kieliszkiem szampana w dłoni ówczesny prezydent- elekt. No i się stało. Grzegorz Schetyna wrócił do gry. Został drugą, a na chwilę nawet pierwszą osobą w państwie, tuż przed zaprzysiężeniem Komorowskiego przed Zgromadzeniem Narodowym.
 
Ale, że nic dwa razy się nie zdarza, ten sam manewr, ze śniadaniem u prezydenta w powyborczy 10 października nie zadziałał. Przyspieszył tylko egzekucję. „Lider wewnętrznej opozycji”- usłyszał o sobie na briefingu premiera, zamiast usłyszeć zaproszenie do udziału w rządzie. Otrzymał za to klucze do mrocznego, jak się mówi, gabinetu w sali 16A sejmowego budynku G.
 
Z równym szczęściem potoczyły się polityczne losy publicznie typowanej na wicemarszałka i wiceprezesa PiS Joanny Kluzik-Rostkowsiej i w zbiorowym objawieniu widzianej na czele klubu parlamentarnego PiS Elżbiety Jakubiak. W obecnym sezonie znów na topie przewidywań jest comeback Grzegorza Schetyny. Czasem pojawia się wizja ostatecznego (bodaj ósmego już) końca Donalda Tuska. Wysoko na liście politycznych mądrości sezonu jest też nowa centroprawicowa formacja Jarosława Gowina a na stanowisku wicepremiera Napieralskiego zastąpił Miller.
 
 

09:29

Tak wygląda Warszawa nocą - zaskakujące zdjęcia wojskowego zespołu reporterskiego

Na fanpage na FB zespołu reporterskiego Sebastiana Kinasiewicza - przedstawiające Warszawę nocą. Jak czytamy w opisie zespółu "

10:49

Rekord Romneya. Zebrał ponad 100 milionów dolarów w czerwcu

Mitt Romney zebrał ponad 100 milionów dolarów w czerwcu, osiągając tym samym rekordowy, historyczny wynik dla kandydata Republikanów w wyborach prezydenckich. To pierwsza dobra wiadomość dla kandydata GOP od kilku tygodni. To gwarantuje, że sztab będzie miał wystarczającą dużo pieniędzy, by przeprowadzić skuteczną telewizyjną ofensywę, której coraz częściej domagają się Republikanie krytykujący sposób w jaki toczy się  kampanii. Sztab Obamy nie podał jeszcze informacji o wynikach za czerwiec, ale obserwatorzy spodziewają się że - podobnie jak w maju - prezydent i Demokraci zbiorą mniej pieniędzy niż Romney i GOP. fot. Gage Skidmore 

11:32

Napieralski spotkał robota R2D2 z Gwiezdnych Wojen

zdjęcie z Facebooka Grzegorza Napieralskiego z podpisem: "

11:36

Plan Kręciny: 1:0 z Anglią, mistrzostwo dla Legii i 1000 biletów dla Kuby

11:49

FT:

Czy rynki wschodzące dotarły do granicy rozwoju?

Financial Times opublikował na FB infografikę (na której zresztą pomylono flagi Polski i Indonezji) z pytaniem: Czy spowalniające rynki wschodzące dotarły do granicy rozwoju i czeka je "kac" z powodu zadłużenia? 



 


12:51

Gowin, Kaczyński i Miller i ich błędy na początku letniego light-sezonu politycznego


Polityka trochę wygasa, ale nie do końca. Trwa wakacyjny polityczny sezon light. Już widać, kto zaczyna go dość niefortunnie. 
 
Błędy Gowina
 
Cokolwiek czynisz, dobrze czyń i cierpliwie oczekuj końca. No niby tak, ale żeby czynić wszystko naraz? Ile frontów można otwierać w jednym czasie? Likwidacja sądów, która nie ma żadnych sojuszników w Sejmie. I mimo, że Gowin twierdzi, że wystarczy zwykłe rozporządzenie, to mało kto o tym wiedził, skoro minister mówi o tym dopiero w dzisiejszej Rzeczposopolitej. Deregulacja, z wyszydzanym odwrotem przed wieszającymi rolki papieru toaletowego, na drzewach przed Sejmem, taksówkarzami. Sprzeciw wobec rozsądnego stanowiska premiera, by do ustawy raftyfikującej konwencję o przemocy, dopisać polską interpretację. I jeszcze sprawa in vitro, które zapewne i tak szybko nie ujrzy światła dziennego, a dało pretekst, by skonfliktować się i z wspieraną przez Kościół prawicą i z platformianym centrum.
 
Dodatkowo, minister sprawiedliwości nie potrafi dobrze obronić (robi to bez przekonania, w letni sposób) pomysłu zatrudnienia Mirosława Barszcza, który za zlecenia z resortu przygotował deregulację, której nie była w stanie przygotować armia urzędników.
 
Gowin pozostaje wciąż być może politykiem godnym, ale  staje się coraz mniej modnym, bo z kurczącą się ławką sojuszników, o których polityk jakim chciałby być, powinien zabiegać.
 
Błędy Kaczyńskiego
 
Każdy jest ekspertem od tego jak Jarosław Kaczyński powinien wygrywać wybory, ale każdy, kto próbuje to robić na własną rękę, dostaje później łupnia. Co nie oznacza, że tak musi być z Ziobrystami. PiS nie potrafił dobrze odpowiedzieć na spinowany wyjątkowo sprawnie przez Solidarną Polskę wewnętrzny sondaż TNS, który zdaniem polityków SP pokazuje, że to Ziobro, nie Kaczyński jest pierwszym wyborem prawicy. Sondaż, jak dobrze się wczytać w tabele aneksowe, oczywiście czegoś takiego nie pokazuje, bo wyborcy PO, Palikota i SLD mając do wyboru liderów dwóch płuc, wybierają lidera tego mniejszego. Czyli wybierają taktycznie, co zrozumiałe dla zajadłych przeciwników PiS.
 
PiS nie zaproponował dobrej odpowiedzi na ten spin, ani nie wyszedł z kontr-spinem.  Podobnie było z nagłośnioną sprawą „powrotu bez przyjęcia” radnego z SP do PiS, co też, w sezonie ogórkowym, nabrało medialnej prominencji.
 
Dodatkowo, na co zwrócił uwagę Jarosław Stróżyk w Rzeczpospolitej, partia Kaczyńskiego nie zaakceptowała chwilowej zwyżki społecznego optymizmu po EURO i wręcz zakwestionowała uniesienia (jakkolwiek by nie były przejściowe) przygniatającej większości, w tym także własnego elektoratu.
 
Poza tym, dość niefortunny pozostaje wybór partyjnych spikerów, bo poza nim samymi chyba nikt inny nie uważa, że aktywność medialna Błaszczaka, czy Czarneckiego przynosi PiSowi jakąkolwiek wartość dodaną. Nie wydaje się również, by PiS (poza dobrym pomysłem z wrzutką na temat podatku katastralnego) miał jakąś strategię polityczną na letni czas rozprężenia.
 
Medialne niezręczności samego prezesa, jak ta z listą zagrożonych, ani nie robią już na nikim większego wrażenia, ani nie odgrywają większego znaczenia. Gdyby tak było, partia braci Kaczyńskich nie wygrałaby nigdy żadnych wyborów, a przecież wygrywała.
 
Błędy Millera
 
Leszek Miller jest aktywnym facebookowiczem. W ostatnim czasie zamieszcza tam głownie sondaże, których większość daje jego partii bardzo bezpieczne, trzecie miejsce na politycznym pudle. To, na dwa lata pozostałe do najbliższych wyborów dość ułudne. Po bardzo dobrej końcówce sezonu politycznego, która zresztą bardziej wynikała z pełzającego kryzysu wiarygodności głównego rywala o lewicowo- liberalny elektorat, partia Millera osiadła na samozadowoleniu.
 
Tymczasem, Palikot, który przeżywa co prawda symptymy schyłku , ale trudno go jeszcze przekreślać, wyrusza w kolejną trasę - tym razem kolorowymi przyczepami. Nie wiadomo, czy choć za nie zapłaci, ale ubiegłoroczny letni rajd, dał mu mocne miejsce w parlamencie. I być może znów polityczny comeback Palikota przyjdzie latem, które Leszek Miller spędzi na facebooku.
 

13:09

Dlaczego zakazy Bloomberga nie mają sensu?

Letitia "Tish" James pisze na Huffington Post , dlaczego zakaz sprzedaży napojów, które planuje Bloomberg w Nowym Jorku nie mają sensu 

13:12

Tusk w rękach Balotellego, czyli wirali ciąg dalszy

znalezione na FB.

13:16

Dlaczego Obama ma problemy z zbieraniem pieniędzy?

Analiza Business Insider dotycząca problemów Obamy ze zbieraniem pieniędzy na kampanię 

13:22

Następna wojna w Libanie

Jak będzie wyglądać kolejny konflikt w Libanie? 

13:29

Romney i Murdoch

Romney wielokrotnie próbował zjednać do siebie Ruperta Murdocha, ale bez powodzenia - pisze New York Magazine 

13:32

Smutek warszawskich przystanków

Wojciech Kacperski  na łamach Kultury Liberalnej analizuje problemy warszawskiej przestrzeni miejskiej 

13:52

Romney potrzebuje Polski, by zaatakować Obamę


Mitt Romney, kandydat GOP na prezydenta planuje na koniec tego miesiąca długą podróż zagraniczną, a jednym z przystanków w tej podroży ma być Polska – napisał portal Politico. Romney chce – jak Obama cztery lata temu – wzmocnić swoją wiarygodność w sferze polityki zagranicznej. Ale dlaczego potrzebuje do tego Polski?
 
Politico informuje, że plan  podróży – który cały czas jest w trakcie finalizacji i może ulec zmianom – obejmuje wizytę w Izraelu, Wielkiej Brytanii, Niemczech a także w Polsce. Romney ma odwiedzić Londyn na początku olimpiady i wygłosić przemówienie w Wielkiej Brytanii o roli USA w świecie. W Izrealu ma spotkać się z kluczowymi politykami, zarówno izraelskimi jak i palestyńskimi. W Niemczech planowane są spotkania m.in. z kanclerz Merkel. W Polsce plan zakłada, że Romney miałby wygłosić przemówienie.
 
To, że szczegóły tej wizyty pojawiają się akurat teraz jest bardzo łatwe do wytłumaczenia. Romney jest pod ostrzałem konserwatystów w USA, którzy twierdzą że jako kandydat ma monotonny przekaz, i nie mówi szczegółowo o swoich propozycjach innych niż gospodarcze. Szczególnie ostro skrytykował Romneya w edytorialu Wall Street Journal, dziennik uznawany za jeden wyznaczników konserwatywnego myślenia w USA, będący własnością Ruperta Murdocha.
 
Podróż zagraniczna Romneya ma zmienić ten obraz – kandydata, który bez końca powtarza tylko, że Obama zepsuł gospodarkę. Jej drugim podstawowym celem jest napokazanie i wzmocnienie wiarygodności Romneya na arenie międzynarodowej, który ma w tej sprawie minimalne doświadczenie. Romney spotykający się przywódcami  światowymi ma pokazać Amerykanom, że może być przywódcą, ma sprawić że taka wizja stanie się dla amerykańskiego odbiorcy czymś naturalnym.
 
Tak samo było z podróżą Obamy w 2008, i pod tym akurat względem te dwa pomysły nie różnią się bardzo wiele. Obama wygłosił w czasie wizyty w Berlinie przemówienie, które zgromadziło kilkadziesiąt tysięcy ludzi. Romney nie powtórzy tego, będzie miał raczej mniejsze i skromniejsze wydarzenia.
 
Kolejnym powodem, dla którego Romney planuje taką a nie inną trasę podróży jest podkreślenie i wzmocnienie najczęściej powtarzanego zarzutu wobec Obamy: że prezydent „zapomniał” o swoich sojusznikach.
 
I tutaj idealnie wpisuje się Polska, głównie ze względu na tarczę antyrakietową, a także na miejsce na geopolitycznej układance w kontekście Rosji. Romney odwiedzając nasz kraj i przemawiając publicznie,  jednocześnie podkreśli że Obama o nim „zapomniał” i dostanie szansę na zaprezentowanie twardego stanowiska wobec Rosji. To wszystko jest zgodne z poglądami Romneyna na sprawy międzynarodowe, zawartymi w jego książce „No Apology”. W tej książce Romney pisze m.in. o wyjątkowości Ameryki na tle „przepraszania za Amerykę” którego ciągle dokonuje Obama.
 
Oczywiście atak na prezydenta będzie bardzo subtelny, ze względu na bardzo złe wrażenie jakie wywołałby ostre, bezpośrednie uderzenie w Obamę na terytorium obcego państwa, ale jednocześnie bardzo wyraźny w warstwie symbolicznej. Taką samą rolę ma pełnić wizyta w Izraelu.
 
W kontekście krajowej polityki, wizyta Romneya stanie się z pewnością najważniejszym wydarzeniem tego politycznego lata. Manewry wokół niej będą jeszcze bardziej intensywne niż gdy do Polski przyjechał Francois Hollande. W warunkach wakacyjnych dużego znaczenia nabierze każdy szczegół. 
 
To czy kandydat GOP odwiedzi rzeczywiście Polskę  - co wcale nie jest pewne - zależy przede wszystkim od tego, jak będzie przebiegać kampania prezydencka w USA. Im gorzej będzie wiodło się Romneyowi, tym większa będzie potrzeba by pokazał kompletną i spójną wizję polityki zagranicznej, a zrobienie tego bez wspominania o Rosji będzie trudne. Dlatego tez kluczowy jest dzisiejszy raport o miejscach pracy. Jeśli będzie dobry dla prezydenta, to tym ważniejsze dla Romneya stanie się pokazania swojej międzynarodowej wiarygodności. Jeśli będzie bardzo zły, to doradcy Romneya mogą uznać, że Izrael, Wielka Brytania i Niemcy wystarczą by zdobyć kilka ładnych kampanijnych obrazków i jednocześnie uderzyć w Obamę.
 
 
 
 

15:38

Romney pod ostrzałem z prawej strony

Mitt Romney nigdy nie był wymarzonym kandydatem Partii Republikańskiej. Wydawało się, że GOP jednak pogodziło się z losem i stanęło murem za zdobywcą nominacji. Tymczasem coraz donośniej słychać głosy konserwatywnych krytyków.
 
Sztab Mitta Romneya w założeniu miał działać jak dobrze naoliwiona maszyna, niczym dobrze zarządzane przedsiębiorstwo. Romney swe biznesowe doświadczenia przełożył na karierę polityczną - wszystko ma odbywać się tak sprawnie, jak tylko się da. Sprawnie - to słowo kluczowe. Kampania Romneya na tle pozostałych kandydatów republikańskich prowadzona była wzorowo - bez załamań, bez wpadek, bez histerii. Gdy pojawiał się jakiś problem, natychmiast był naprawiany. Gingrich zdobywa prowadzenie? Kampania Romneya odpowiada zalewem spotów negatywnych. Mitt słabo wypada podczas debat prawyborczych? Pojawia się trener od komunikacji i Romney błyszczy w następnym starciu. Sprawność sztabu Mitta widać było doskonale w tym, jak kandydat trzymał się przyjętej narracji - miał swój 'message', którego się trzymał (gdy tylko zbaczał z przyjętego kursu, natychmiast zyskiwali inni konkurenci). A przede wszystkim - sprawdzona ekipa, która nie wynosiła do mediow żadnych informacji ze sztabu.
 
 
Ta sama strategia działała dobrze także i w starciu w Obamą, gdy Mitt zdobył w końcu wymaganą liczbę delegatów, by uzyskać nominację prezydencką swojej partii. Działała, ale przestała. Co się stało? Ekipa z Chicago jest po prostu lepsza niż sztaby innych kandydatów republikańskich.
 
Czy coś zacięło się w maszynie Romneya? Ostatnie tygodnie wyglądają dość chaotycznie. Najpierw przecieki na temat potencjalnych kandydatów na wiceprezydenta, które zmusiły Romneya do zajęcia się tym tematem i prostowania opublikowanych informacji. Potem wzajemnie się wykluczające stwierdzenia dotyczące reformy służby zdrowia - Romney mówi zupełnie coś innego niż jego stratedzy i doradcy. A teraz od półtora tygodnia prasa zajmuje się krytyką, jakiej celem stała się kampania Mitta. Problem nie w tym, że taka krytyka się pojawiła, ale w tym, z czyich ust pada. Rupert Murdoch, Jack Welch, William Kristols, Laura Ingraham. Są to osoby wpływowe, szanowane, popierające ruch konserwatwny.
 
Główne zarzuty? Romney jest słaby, zbyt miękki, otacza się amatorami, pozwala ludziom Obamy na rozpędzanie się, a sam unika odpowiedzi.
 
Ludzie Mitta mniej lub bardziej oficjalnie mówili, że tegoroczna kampania prezydencka kandydata GOP będzie zupełnie inna niż ta sprzed 4 lat - że będą robić wszystko dokładnie odwrotnie. Że nie będą się powstrzymywać od ataków, tak jak robił to John McCain. A jednak! Boston gra bezpiecznie, co nie może podobać się Republikanom, którzy jeszcze kilka tygodni temu coraz śmielej mówili o zwycięstwie w listopadzie - i mieli na to dobre prognozy.
 
Rupert Murdoch, właściciel imperium medialnego, nieukrywający swojego poparcia dla Partii Republikańskiej, nigdy nie przepadał za Romneyem, ale krytykę, na jaką pozwolił sobie na prywatnym profilu na Twitterze, otacza zapewnieniami, że chce, by Mitt wygrał wybory, ale najpierw musi dokonać niezbędnych zmian w swoim sztabie. O ile brak sympatii Murdocha dla Romneya nie jest tajemnicą, to publiczna krytyka republikańskiego kandydata nie jest dobrym znakiem. Tym bardziej, że za Murdochem poszli kolejni.
 
Należący do Murdocha The Wall Street Journal opublikował wczoraj potężną krytykę pod adresem Mitta (link do tekstu) - wytknął błędy kampanii, porównując Romneya do byłego demokratycznego kandyda Johna Kerry'ego i pisząc, że Mitt przegrywa na własne życzenie, i to w wyborach, które ma lub miał szansę wygrać. Do Kerry'ego porównał Mitta także inny konserwatysta, William Kristol.
 
Czy Mitt Romney zareaguje na krytykę i skorzysta z rad? Wiadomo, że ceni sobie lojalność i ceni swoich doradców, więc pewnie nie zwolni nikogo ze sztabu, jednak zapowiedziano, że być może u boku Mitta pojawią się nowe twarze. Wszystko, by uniknąć losu Johna McCaina. Tylko, że McCain walczył z silnym i będącym na fali lubianym i faworyzowanym kandydatem Demokratów Barackiem Obamą, a Romney ma za rywala nieco poobijanego po pierwszej kadencji prezydenta, który zmaga się z kiepskimi wynikami ekonomicznymi. Jeśli na tym etapie kampanii Mitt, który właśnie zanotował rekordowe wpływy (zebrał 100 mln dolarów w czerwcu), nie ma siły, by walczyć z Obamą, to dalszy ciąg nie zapowiada się zbyt różowo. Romney musi coś zmienić, bo może czekać go los Kerry'ego.
 
 
 
 
 
 

21:58

In Obama We Trust - poważny magazyn LGTB popiera Obamę

Znany amerykański magazyn LGTB The Advocate oficjalnie poparł kandydaturę prezydenta Baracka Obamy. Naczelny pisma, Matthew Breen, w sierpniowym wydaniu Advocate tłumaczy, czemu po raz pierwszy od 1977 roku poparli jakąkowiek osobę ubiegającą się o wybieralny urząd, i to po raz pierwszy osobę startującą w wyścigu prezydenckim - zadecydował całokształt działań administracji Obamy na rzecz praw LGTB. Magazyn nie ma zbyt wielu ciepłych słów do powiedzenia na temat konkurenta do prezydenckiego fotela, kandydata GOP, Mitta Romneya.
 
Na sierpniowej okładce widać prezydenta Obamę ucharakteryzowanego w stylu ikonicznego pomnika przedstawiającego prezydenta Lincolna. Innym symbolem jest hasło "In Obama We Trust".
Całość tekstu poświęconego poparciu Obamy i list od redakcji można znaleźć pod tymi linkami: In Obama We Trust oraz Editor's Letter: Behind Our Endorsement.