Wygrana w 11 stanach, niecałe 300 delegatów na koncie, zebranych ponad 15 mln dolarów, wydanych ok. 13 mln - tak się przedstawia kampania prezydencka Ricka Santoruma w liczbach. Może i niezbyt widowiskowo, ale ten kandydat umiał wykorzystać pieniądze, i napędził stracha frontrunnerowi.
Dziennikarze kibicowali tej kampanii - tak jak się kibicuje underdogowi, Dawidowi, który mierzy się z Goliatem. Podobała im się jego zdolność do kąsania Romneya, podobało to, że dzięki niemu kampania stała się ciekawa - od pierwszych prawyborów w Iowa. Doceniali rozwój kandydata, który pół roku temu uważany był za kogoś bez szans, a stał się jedynym poważnym konkurentem dla Romneya. Nawet politycy Partii Demokratycznej i doradcy związani z Obamą i DNC wypowiadają się o Santorumie na poły z niechęcią, na poły z podziwem. Bo nie da się nie podziwiać faceta, który bez pieniędzy, bez organizacji, bez liczących się polityków u boku, bez doświadczonych doradców, bez opierania się o ustawicznie przeprowadzane sondaże, był w stanie podjąć miejscami wyrównaną walkę z człowiekiem, który kampanię prezydencką prowadzi od ponad 4 lat, i który wydał na nią więcej niż 3 rywale razem wzięci (wedle różnych szacunków około 67 mln dolarów).
Jak dobrze Santorum wykorzystywał pieniądze? Wydał 13 mln dolarów, co zapewniło mu wygraną w 11 stanach, Rick Perry wydał 19 mln - a nie wygrał w ani jednym stanie. 13 milionów to budżet kampanii na stanowisko stanowego gubernatora, a nie kampanii prezydenckiej. Wszystkie decyzje podejmował sam kandydat - bez sondaży, bez testowania, bez analizowania przez drużynę doradców. Może, gdyby zatrudnił starego wyjadacza z Waszyngtonu, dłużej pozostałby w wyścigu? Ale być może straciłby na autentyczności. Bo to właśnie autentyczność stała za sukcesem Ricka Santoruma w wyścigu. Na tle Romneya był po prostu prawdziwy - nie z wypracowanym programem politycznym, ale z przekonaniami i wiarą, i dlatego pomimo że Mitt wydawał na kampanię przeciw Rickowi wielokrotnie więcej, to nie był w stanie go zatopić. Santorum kampanię zawiesił nie tylko dlatego, że przegrał z Romneyem. Ta decyzja to splot kilku powodów - matematyka wyborcza pokazała, że właściwie nie ma szans na zdobycie nominacji, dalszy udział w wyścigu nie miał zbyt dużego sensu. Co prawda mógł tak jak Ron Paul startować dalej tylko po to, by głosić własne poglądy, ale jeśli chodzi o prawdziwy wpływ na program partii lub na program wyborczy jej prezydenckiego kandydata, to traciłby go tym szybciej, im dłużej by startował. Rick Santorum już pokazał na co go stać, jego głos został usłyszany. I uznał, że nie chce wydawać pieniędzy na dalszą walkę, na wygranie której nie ma szans - ostatnie sondaże pokazywały, że może sromotnie przegrać nawet w rodzimej Pensylwanii. Ostatnie dni spędzone w szpitalu przy chorej Belli, trzyletniej córce, która urodziła się z poważną chorobą genetyczną, pomogły mu pewnie uporządkować priorytety i podjąć decyzję.
Tyle tylko, że jego rezygnacja 10 kwietnia nie zmienia w tym wyścigu zbyt wiele. Owszem, Mitt Romney odetchnął z ulgą, bo jego droga do Tampy właśnie stała się dużo sympatyczniejsza, łatwiejsza i dużo tańsza. Nie może przerwać kampanii prawyborczej, ale może już przestać martwić się o konkurentów z własnej partii i skupić się na tym najważniejszym. I rozpocząć prawdziwy atak na Obamę i nareszcie pomyśleć o próbie podbicia serc wyborcow niezależnych. Ale 5 kwietnia właściwie znajdował się w tym samym miejscu. Ten wyścig już od dawna miał zwycięzcę, nawet jeśli Romney wciąż musi zdobyć głos około pół tysiąca delegatów GOP. Na odejściu Santoruma z wyścigu nie zyska Gingrich, może poparcie dla Romneya wzrośnie, ale zaufania konserwatystów i bazy Partii Republikańskiej raczej nie zdobędzie.
Wiadomo, że Mitt Romney chce się spotkać osobiście z Rickiem. Czy będą rozmawiać o oficjalnym wsparciu jego kandydatury przez Santoruma? Czy o możliwej wiceprezydenturze? Na pewno w tej chwili Santorum ma więcej do zaoferowania Romneyowi niż Ron Paul czy Newt Gingrich. Wiceprezydenturę dla Santoruma jeszcze przed wygraną w stanie Illinois wykluczył sam Romney. Publiczne wsparcie dla jego kandydatury, jeśli do niego dojdzie, to inna sprawa - Santorum zdaje sobie sprawę, że jeśli po tym, jak Mitt zbierze 1144 delegatów, cała Partia Republikańska publicznie stanie za swoim kandydatem, bez względu na to, co sobie o nim myślą w skrytości ducha jej członkowie. Jeśli Santorum chce mieć widoczne miejsce na scenie w Tampie, musi dobrze rozegrać tę partię. Pierwszy ruch wykonał Romney - o przychylność żadnego z kandydatów, którzy do tej pory zrezygnowali z udziału w wyścigu prezydenckim, nie zabiegał z taką uwagą.
Co czeka Santoruma? Raczej nie własny program w Fox News, nie jest tegorocznym Mike'iem Huckabeem. Ale na pewno zyska kilka pochwał od republikańskiego establiszmentu - bo partia może teraz skupić się na walce z prezydentem Obamą. Ale już niektórzy mówią: Christie-Santorum 2016.
fot. MattWansley CC BY 20