Kampania wyborcza w USA wyhamowała na święta. Ale ten spokój to tylko fasada. Sztaby Ricka Santoruma i Newta Gingricha rozważają za i przeciw związane z wycofaniem się z wyścigu prezydenckiego, oceniają, na jak długo starczy pieniędzy i energii, by dalej kandydować. Mitt Romney zbiera siły na ostatnią prostą, a jego drużyna szuka kandydata na wiceprezydenta. Po doświadczeniach sprzed czterech lat z całą pewnością proces szukania i sprawdzania potencjalnych kandydatów idzie teraz pełną parą.
Jak się wybiera wiceprezydenta? Najkrócej można powiedzieć, że kandydat na wiceprezydenta Stanów Zjednoczonych ma uzupełniać kandydata na prezydenta. Ma dostarczyć mu poparcie w grupach lub stanach, w których nominowany z partii nie wypada za dobrze.
Często na kandydata na wice wybiera się kogoś, kto startował w wyścigu o nominację własnej partii (to oznacza, że został już sprawdzony, i ma mniej nieodkrytych jeszcze szkieletów w szafie). Zazwyczaj szuka się kogoś, kto wywodzi się z ważnego dla wyborów stanu - czy to stanu, w którym dana partia słabo wypada lub też stanu uważanego za tzw. swing state. Ale przed wszystkim ma to być ktoś, kto sprawi, że dana partia wystawi prawdziwy „dream team“. Doskonały obraz całego procesu można zobaczyć z bliska w filmie „Game Change“. W 2008 roku naprzeciw siebie stanęli młody i niedoświadczony senator Barack Obama oraz stary i zaprawiony senator John McCain. Osoby, które wybrali na swoich towarzyszy w wyborach, pokazują, jakie mieli słabości, albo gdzie tych słabości upatrywali doradcy prowadzący ich kampanie.
Barack Obama doskonale wypadał u młodych, wykształconych, miał poparcie u mniejszości etnicznych (sztab uruchomił specjalne programy kampanijne skierowane do osób pochodzenia latynoskiego, żydowskiego, etc.), ale potrzebował kogoś, kto ma doświadczenie - w rządzeniu, stanowieniu prawa i w polityce zagranicznej. Stąd wybór Joe Bidena - który nie był tak spokojny jak Obama (Barackowi w trakcie całej kampanii towarzyszyło hasło „no drama Obama“), który miewał wpadki, ale też świetną narrację do opowiedzenia (historię rodzinną i własne tragiczne doświadczenia). Był lubiany, miał charyzmę, ale był to inny rodzaj charyzmy niż u Obamy, chlubił się swoim robotniczym pochodzeniem - bo jeśli Barack miał gdzieś problem, to właśnie u blue-collar workers (w tej grupie demograficznej silna była Hillary Clinton), poza tym uważany był za elitystę, za intelektualistę, liberała, na którego głosują artyści z Hollywood i hipsterzy z Nowego Jorku. Potrzebował właśnie kogoś takiego jak Biden - swojskiego, dobrodusznego, kogoś, kto czasem powie o jedno słowo za dużo, ale jest ‘swój chłop’ i wie, jak żyje normalna Ameryka, która nie kupuje kaw w Starbucksie, nie jest wymyślnych sałatek, Ameryka, która codziennie rano dojeżdża do pracy. Joe, pomimo doskonałego wykształcenia i lat pracy w Senacie, nie był i nie jest uważany za intelektualistę czy elitystę. To był ktoś, kto był w stanie pomóc zyskać poparcie u starszych wyborców, którzy mogli nie czuć się wystarczająco zmotywowani, by zagłosować na kogoś mało znanego, na Afroamerykanina o dziwnych imionach i z dyplomami z prestiżowych uczelni. Stąd też „swój“ Joe Biden, ktoś, kto zwyczajnie się nazywa, ktoś dobrze znany, i ze sporym doświadczeniem w polityce zagranicznej. Ktoś, kto nie porywa tłumów, ale jest lubiany i sprawdzony.
John McCain potrzebował natomiast kogoś, kto dodałby jego kampanii ikry - kogoś, kto wywołuje emocje, kogoś, kogo lubiłaby konserwatywna baza Partii Republikańskiej, nieprzekonana do swojego kandydata, uważająca go za zbyt umiarkowanego i liberalnego. Na dodatek McCaina prześladował gender gap - dokładnie ten sam problem ma teraz Mitt Romney - źle wypadał u kobiet. Potrzebny był mu ktoś, kto dostarczy mu młodych (lub młodszych) wyborców oraz kobiety. Sarah Palin była doskonałą kandydatką. Oczywiście, z perspektywy 4 lat widać, jakie błędy popełniono decydując się na jej wybór, co jednak nie zmienia faktu, że jej kandydatura pomogła McCainowi - tam, gdzie miała pomóc. Nawet jeśli to, co zostało opisane w książce i pokazane w filmie „Game Change“, przyjmiemy z ostrożnością, to można stawiać raczej zarzut, że nie sprawdzono jej lepiej lub nie poświęcono więcej czasu na jej przygotowanie do wyścigu, niż uważać, że popełniono błąd wybierając właśnie ją na kandydatkę na wiceprezydenta.
George W. Bush, mimo wieloletniego doświadczenia w rządzeniu stanowym i mimo tego, że wywodził się z rodziny zaprawionej w polityce, nie był uważany za wagę ciężką, był zbyt młody, niedoświadczony, zbyt ‘południowy“, stąd stary wyga Dick Cheney - znany w Waszyngtonie i za granicami kraju, z doświadczeniem w polityce międzynarodowej i obronie, a także z latami pracy w administracji. Początkowo to właśnie Cheney odpowiadał w drużynie Busha za wybór kandydata na wiceprezydenta. Gdy nie znalazł nikogo, kto sprostałby oczekiwaniom, uznał, że sam wykona tę pracę najlepiej. Bill Clinton w 1992 roku też wybrał kogoś z dobrą znajomością polityki zagranicznej. Senator Al Gore na tle Clintona wypadał sztywno, ale Bill miał charyzmy za dwóch, potrzebował więc kogoś spokojniejszego, oddanego rodzinie i bez skandali na koncie. Wybór Clintona uznano za nieco niekonwencjonalny - bo byli z Gorem zbyt podobni do siebie - byli w tym samym wieku, pochodzili z południowych stanów, ale był to zabieg celowy, zabieg mający na celu zyskanie głosów młodych wyborców. I było to częścią większej strategii, a występ kandydata w The Arsenio Hall Show w lipcu 1992 roku, podczas którego Bill zagrał na saksofonie, uważany jest za bardzo ważny moment w tamtym cyklu wyborczym - Clinton miał wtedy na dobre przekonać do siebie wyborców z dwóch ważnych targetów - młodych i mniejszości etniczne.
fot. Official White House Photo by Pete Souza