Muszę zrobić disklajmer: mam dwa maki, dwa ajfony (ale żaden z nich nie jest czwórką), żadnego ajpoda. Uwielbiam bary mleczne, knajpy z wifi, kupuję kawę na wynos w kawiarnianych sieciówkach, pasjami spędzałabym czas siedząc w barze pochylona nad srebrno-czarnym MBP.
Interpelacja radnego PO, Michała Bitnera dotarła do mnie przez felieton Wojciecha Karpieszuka w Stołecznej
(link do tekstu), więc mogę się mylić, mogłam czegoś nie zrozumieć, ale zdaje się, że pan radny napisał, że jak ktoś jest biedny, to nie ma smartfona ani komputera, a jak ktoś ma telefon, tablet i komputer przenośny, to nie pracuje. A z całą pewnością nie pracuje ciężko. Oraz, jak ktoś ma telefon i komputer, lub inne wymyślne gadżety elektroniczne, to ma za co jeść, i stać go na wizyty w restauracjach. A biednym do życia internet nie jest potrzebny.
Zasadniczo, biedota powinna zniknąć z centrum miasta. W centrum miasta nie ma miejsca na tanie knajpki, w centrum miasta ma być luksusowo. Lokale w centrum miasta mają być dostępne tylko dla ludzi noszących przy sobie ajfony, ajpady, laptopy. Tylko dla tych, którzy swoje pieniądze wydają na najnowsze modele kolejnych elektronicznych zabawek.
Pan radny pisze: "Moim zdaniem niemoralne jest zabieranie pieniędzy ludziom, którzy ciężko pracują na chleb, i oddawanie ich tym, którzy wydali swoje pieniądze na iPhony, iPady, notebooki". Czyli co? Jak masz smartfon, tablet i notebook, to znaczy, że nie pracowałeś. A na pewno nie pracowałeś ciężko. Bo jakbyś pracował ciężko, toby cię nie było stać. A jak masz ten smartfon, tablet i notebook, to należysz do klasy próżniaczej, której nie należą się leniwe za 6.99 lub naleśniki w podobnej cenie. Jesteś próżniakiem, który kasę wydaje na rozrywki. I powinieneś wydawać te pieniądze, które spływają ci z nieba, no bo przecież nie zarabiasz ich swoją ciężką pracą, w ekskluzywnych restauracjach w centrum miasta, w luksusowych butikach umiejscowionych przy centralnych warszawskich arteriach. Won z barów mlecznych, bo to nie jest moralne. Naprawdę, to piękny przykład płaskiego populizmu. Aż żal, że pan radny marnuje się w samorządzie lokalnym. Jakąż furorę by zrobił na mównicy sejmowej!
Chciałam zająć się logiką stojącą za konstrukcją, że oto biednym ludziom zabiera się pieniądze, a zabiera się w ten sposób, że miasto wynajmuje w centrum jeden lokal na preferencyjnych warunkach, w którym to lokalu mają być serwowane tanie potrawy, a także ma być dostęp do darmowego internetu. I te zabrane pieniądze daje się bogatym, a daje się tak, że oto mogą oni przyjść do lokalu w centrum, który wynajmowany jest na preferencyjnych warunkach, i w którym to lokalu jest darmowy internet. Coby ci bogaci ludzie sobie zaoszczędzili na jedzeniu. Wnioskowanie stojące za tą konstrukcją trochę mi przegrzewa szare komórki. Aż sprawdziłam, pan radny skończył socjologię na UW. Aż trudno uwierzyć, że z taką zdolnością wyciągania wniosków i budowania zdań, pan radny przebrnął przez statystykę i metodologię. Ale widać można.
Zastanawiam się, czy pan radny sam siebie też zalicza do klasy próżniaczej. Nie wyobrażam sobie, że jest w stanie pracować bez telefonu komórkowego i laptopa. Ale na pewno ciężko pracuje, nie wątpię. Jest tym wyjątkiem, który ciężko pracuje, cieżko zarobione pieniądze wydaje na bardzo potrzebne mu w pracy zawodowej gadżety elektroniczne (bo na pewno nie ma służbowego telefonu, to niemoralne tak zabierać biednym ludziom pieniądze), tym wyjątkiem, który nie wejdzie do lokalu, który wynajmowany jest na preferencyjnych warunkach. Bo to niemoralne. I miasto na tym traci.
Niestety, słowa o niemoralności bogatych ludzi, bogatych, bo mają smartfony, tablety, i tak dalej, podszyte są wizją centrum miasta bez biednych ludzi. Centrum miasta, w którym wszystkie lokale wynajmowane są przy uwzględnieniu tylko jednego czynnika - wysokości czynszu. Klucze do wolnych lokali w centrum miasta powinny być wręczane tym, którzy zaoferują najwięcej. Mamy kapitalizm, miasto samo się nie wyżywi.
Pan radny nie powinien ograniczać się tylko do walki z jednym skromnym barem mlecznym przy Marszałkowskiej. Teraz powinien zająć się second-handami, które tak licznie występują w centrum Warszawy (także blisko byłego baru Prasowego). W końcu kupuje tam jedynie biedota, prawda? To niemoralne, by ludzie, których stać na komputer, kupowali ubrania tam, gdzie kupują biedni ludzie, prawda? Jak ich stać, to powinni kupować w droższych sklepach.
Tak, wiem, pan radny nie zajmie się second-handami w centrum Warszawy, one przecież nie są wynajmowane na preferencyjnych warunkach (tak, wiem, że nie wszystkie second-handy znajdują się w lokalach należących do miasta). W centrum Warszawy najbardziej potrzebne są banki, second-handy i billboardy reklamowe. W końcu przecież płacą, to się przecież liczy. Tak wygląda miasto bez wizji, bez planu zagospodarowania przestrzeni, bez porządnego obrazu przyszłości, bez wiedzy, jak się buduje tkankę miejską, bez pomysłu na przyszłość, bez sposobu realizacji i egzekucji tej wizji. Ustawiczna tymczasowość. I lokale, które bankrutują w ciągu kilku-kilkunastu miesięcy. Zbankrutowały? Najwidoczniej nie były potrzebne w tym miejscu. Za to kolejny oddział banku na pewno się okolicznym mieszkańcom przyda.
Ta interpelacja byłaby nawet zabawna. Gdyby nie napisał jej przewodniczący komisji infrastruktury i inwestycji w radzie miasta. Cóż, ale to chociaż tłumaczy, czemu centrum Warszawy wygląda tak, jak wygląda.