Relacja Live

26.02.2012

08:53

Mój (nie)polityczny weekend: Joanna Senyszyn

W drugim odcinku naszego cyklu o swoim weekendzie opowiada Joanna Senyszyn, eurodeputowana SLD. 
 

- Pracuję cały czas – od poniedziałku do piątku jestem w Brukseli i Strasbourgu, a na weekend przylatuje do Krakowa. Ale nie po to by odpocząć – spotykam się z wyborcami w moim okręgu, piszę bloga, felietony do Faktow i Mitów, W przeciwieństwie do większości polityków wszystkie teksty  piszę sama. To zabiera dużo czasu, ale daje mi ogromną satysfakcje. Dlatego moje weekendy są pracowite.  Kiedyś prowadziłam dużo bardziej rozrywkowe życie, grałam w brydża, chodziłam do klubów,  ale z wiekiem doszłam do wniosku że jedyne co człowieka nie nudzi to praca.
 
Moją pasją jest teatr – na szczęście w Krakowie jest mnóstwo fantastycznych teatrów offowych. Tam właśnie najczęściej spędzam wolny czas – na spektaklach w Teatrze Nowym, Teatrze Barakah, Teatrze Groteska. Polecam wszystkim  „Filozofię w buduarze”  markiza de Sade, w  reżyserii  Bogdana Hussakowskiego, wystawianą w Teatrze Nowym. W Teatrze Nowym polecam tez spektakl „Lubiewo” na motywach bardzo głośnej powieści Michała Witkowskiego, a w teatrze Barakah „Damska toalete” w reżyserii Any Nowickiej. Lubię teatr tak bardzo, że uczestniczę w próbach czytanych sztuk, które odbywają się w Teatrze Barakah. Tak wypoczywam po meczącym tygodniu.
 
Miejsce na spotkania towarzyskie wybierają  zazwyczaj moi krakowscy znajomi. Nie przywiązuje większej wagi do miejsca, liczy się towarzystwo. Często spotykam się w bardzo klimatycznej restauracji „Dworek” na Prądniku Białym, bywam też w klubie „Cocon”.
 
Tylko w weekend mam czas na zakupy – najczęściej wybieram się do Galerii Krakowskiej, gdzie przy okazji wpadam na sushi. Poza tym piszę i czytam w weekendy, zaniedbałam bardzo kino, a telewizji nie oglądam. Tego ostatniego wcale nie żałuję. Nie narzekam jednak na nadmiar pracy – to ona  jest moją rozrywką. A ponieważ zostałam  niedawno wiceprzewodniczącą podkomisji praw człowieka w PE, to tej rozrywki mam coraz więcej – także w weekendy. 
 
Notował: Michał Kolanko 
 
fot. bildungsr0man CC BY-NC-ND 2.0
 

09:08

Autorem demota jest sam rząd

Najwidoczniej nie tylko my mieliśmy skojarzenie, że tło konferencji prasowej premiera i ministrow, czyli wydarzenia z ostatnich 100 dni, niekoniecznie stanowią coś, czym rząd może się pochwalić. Rybitzky na salonie 24 publikuje demota, którego zrobiły faktycznie same służby premiera link

11:48

Hania za wcześnie grzeje silniki


Gdyby dziś Donald z jakiegokolwiek powodu miał rezygnować, to premierem zostałaby Hania- taką opinię - od czołowych polityków Platformy - słyszymy od lata ubiegłego roku. Prezydent Warszawy o tym myśli. W zarządzie PO, HGW jest największą, po Ewie Kopacz lojalistką Donalda Tuska. Ale „delfiny” chyba zbyt wcześnie ustawiają się w blokach startowych…
 
Wczoraj premier wypowiedział słowa, które mogą trochę ostudzić entuzjazm prezydent Warszawy i innych „delfinów”:
 
„Nikogo nie widzę, dlatego jestem w takim markotnym nastroju, ale na szczęście lata jeszcze przed nami. Ja zawsze mówię tak - jak czasami się o tym dyskutuje w PO, w innych partiach, pojawiają się publikacje o delfinach, itd. - prawdziwy delfin to jest ta osoba, która przychodzi do aktualnie panującego i mówi: "dziękuję, do widzenia, teraz jestem ja” Więc zmiennikiem lub zmienniczką będzie ten lub ta, który przyjdzie i powie: "ja chcę być szefem i ja staję do wyborów  i wygrywam", a nie namaszczony. Jak ludzie ze mną się będą żegnali, to nie będą wcale chcieli słuchać mojego namaszczenia, kogo namaszczam, tak, że ja jestem realistą w tych sprawach.”
 
Ten kluczowy dla przyszłości PO cytat przeszedł w zasadzie bez echa. Tusk w zasadzie przedstawił publiczności warunku sukcesji:
 
1. Przyszły szef PO nie będzie namaszczony. Tusk wie, że jeżeli będzie odchodził to raczej jak Blair, przy maksymalnym “zużyciu”, nie glorii i chwale.
 
2. „Jeszcze lata przed nami”- czyli PDT nie planuje odejścia do Brukseli np. w pierwszej połowie kadencji. Jeżeli zatem odejdzie przed następnymi wyborami, jak mówił we wrześniu 2011 w Pile, to musiałoby się to wydarzyć:
 
- już przed wyborami europejskimi i kilka miesięcy przed samorządowymi w 2014,
 
- niedlugo przed wyborami prezydenckimi i kilkanaście przed parlamentarnymi.  
 
3. Zgodnie ze statutem PO, kadencja władz trwa maksymalnie 4 lata. Ostatnia wyborcza Konwencja Krajowa PO odbyla się 26 czerwca 2010. Wynika z tego, że następna musiała się odbyć najpóźniej w czerwcu 2014.
 
Nie jest to takie proste. Wcześniej muszą odbyć się wybory w kolach i zjazdy regionalne, które wybiorą delegatów. To delegaci będą kluczowi, co spowoduje, że to zjazdy regionalne zostaną swoistymi „konwencjami”, na których ewentualni „delfini” będą zabiegać o głosy i przedstawiać swoje wyborcze platformy. Takie założenie wskazywałoby, że już w na jesieni 2013 sprawa sukcesora stanie na politycznym porządku dziennym.
 
Trudno przypuszczać, jak będzie wyglądało poparcie dla Tuska za 22 miesiące. I czy faktycznie, zgodnie ze swoimi wypowiedziami PDT zdecyduje się zejść ze sceny. Jeżeli tak będzie, to dziś na placu boju pozostaje kilku kandydatów.
 
Są w zasadzie trzy grupy, wymbolizujące „gwardię status quo”, „bunt starych” i „bunt młodych”.
 
Pierwszym, chyba faktycznie preferowanym w Ujazdowskich jest HGW. To gwardzistka status quo.
 
Wyśmiewana przez konserwatywne media i prawicowych internautów jako przykład „lemingozy zakaźnej” ma jednak solidne atuty. 51 prezydent stolicy ma za sobą sprawnie przeprowadzone zwycięstwo w walce o drugą turę. I to zwycięstwo nie z byle kim (Czesław Bielecki) i nie w łatwych warunkach - wygrała w pierwszej turze w wyborach samorządowych z wynikiem 53,7% w roku, kiedy jej partia dostała dość niskie poparcie - 32% w skali kraju. HGW ma jeszcze inne atuty, które w wyborach na szefa partii, liczącej się ze zdaniem elit, mogą odegrać rolę.
 
Prezydent Warszawy jest jedną z głównych rozgrywających w Kongresie Kobiet. Poparcia takich osób jak Janina Paradowska, czy zaplecza biznesowego Henryki Bochniarz, innym kandydatom trudno będzie zrównoważyć. HGW wydaje się zatem wyraźnym „frontrunnerem”. HGW mogłaby pewnie liczyć na ciche wsparcie PDT, jako oczywista gwarantka i piastunka „kultu lidera”.
 
Jest też Grzegorz Schetyna. Jego atutem jest wyraźnie zarysowana opozycja do Tuska i wizerunek Gordona Browna- chropowatego, ale sprawnego i pracowitego lidera. To ewentualny lider „buntu starych”.
 
Oczywiste braki telegeniczne może nadrobić przekazem „nowego otwarcia”. Nie do przecenienia jest też lista ukrytych często członków „sieci Schetyny” w regionach. Z szefem komisji spraw zagranicznych współpracuje podobno ponad 30 posłów PO.  
 
Niebagatelne mogłoby się okazać wsparcie prezydenta. PBK ma wciąż w Platformie swoich ludzi, których bardzo wspierał podczas prezydenckich wizyt w terenie, przed ubiegłorocznymi wyborami. No i nie jest powiedziane, że partyjne doły muszą koniecznie odrzucić kandydata o wizerunku „genseka”. Ostatnie wybory w hiszpańskiej partii socjalistycznej wygrał właśnie chropowaty „gensek” i były szef MSW Alfredo Perez Rubalcaba. Kontrkandydatką była młoda, popularna i telegeniczna była szefowa MON Carme Chacon.
 
Na placu boju mógłby stanąć najpopularniejszy z PO po Komorowskim i notowany przed Tuskiem Radek Sikorski. Jako kandydat „buntu młodych”. Oczywistą wadą tej kandydatury jest to, że nikt jej nie traktuje poważnie. Nieskłonny do systematycznej pracy, szef MSZ jest medialną atrakcją, bardzo słabo „grającą” w bezpośrednim kontakcie. I uznawaną za wyjątkowo nielojalną.
 
Politycy PO pamiętają, że gdy stanęła sprawa skreślenia z list wyborczych wyjątkowo zdolnego posła Michała Marcinkiewicza, stronnika Sikorskiego, ten nie pojawił się nawet na zarządzie. Marcinkiewicz i jego polityczny „guru” europoseł Slawomir Nitras stali za niezłym wynikiem Sikorskiego w platformianych prawyborach prezydenckich. To, że bez Nitrasa Sikorski mógłby nie zdobyć nawet połowy tego co dostał, jest bardzo uprawnioną hipotezą. Marcinkiewicza bronili tylko Pomaska i Nowak.
 
Inny przykład- Sikorski miał być jedną z gwiazd „mini-Tuskobusów”, czyli inicjatywy wspierającej wyborczy tour premiera. Niewiele z tego wyszło, bo Radek „kompletnie nie czuje ludzi”- jak mowi jeden z polityków PO.  Pozostaje mu jeszcze Roman Giertych, który co prawda nie elektryzuje mas w PO, ale może zmontować polityczno-biznesową machinę na zapleczu. I Michał Kamiński, którego pomysły mogą być dla Sikorskiego dużym wsparciem.
 
Czarny koń? Może popularny, ale raczej pozbawiony siły przebicia Bogdan Zdrojewski. Ale to mało kto bierze pod uwagę. Nowak? Po pierwsze, ani się do tego nie pali, ani też nie jest szczególnie, w Platformie, lubiany. Jego atutem mogłyby być: dobre wyniki wyborcze i sprawny zespół współpracowników, takich jak posłanka Pomaska i jej team młodych fighterów w klubie PO. Grabarczyk? Chyba już „zabity śmiechem”. Gowin? Raczej niesamodzielny i jednak zbyt konserwatywny jak na masy wyborcze w PO.
 
Jedno jest jasne, Tusk po raz kolejny przybliżył warunki i kalendarz sukcesji. Na podstawie jego wypowiedzi można określić „przesłanki odejścia”. Nie nastąpi ono szybko. Ale jeżeli ma się wydarzyć, to zgodnie z architekturą wyborczą statutu PO, coś musiałoby się stać już wczesną zimą 2013.
 
Tusk pewnie wie, że wyraźny sygnał – odchodzę - spowodowałby „efekt” Blaira, czyli to, że dotychczasowi partyjni lojaliści zaczęliby szukać nowego patrona. A to duże ryzyko.  Skończy się więc pewnie tak: „mógłym już odejść, przeprowadziłem partię przez największe kataklizmy, ale komu ja was drogie dzieci zostawię?”
 

13:07

Obama zamawia kolejny film u Guggenheima

Sztab Obamy zamowił film o prezydencie i jego doknaniach przez pierwsze trzy lata u reżysera Davisa Guggenheima - informuje Bloomberg. Dokument ma trwać 30 minut a jego premiera planowana jest już w najbliższych tygodniach. Guggenheim dostał Oscara w 2006 za "Niewygodną prawdę", wyprodukował też filmy dla sztabu Obamy w 2008 roku - krótki klip biograficzny na konwencję i 30 minutowy "informercial" który kampania Obamy wyemitowała w końcowych dniach tamtej kampanii. 

15:12

Polityczne Oscary – najlepsze momenty


37 milionów Amerykanów obejrzało w 2011 roku galę wręczenia Oscarów. Jak na amerykańskie warunki, jest to wydarzenie porównywalne z przemówieniem „State of The Union”. Orędzie Obamy obejrzało w 2011 roku w USA 47 milionów ludzi. A świat Hollywood jest mocno spleciony z polityką – tylko w 2011 Obama zebrał 1,2 mln dolarów od filmowych celebrytów. Hollywood było jedną z 10 najważniejszych branż wspierających kampanię Obamy w czasie poprzedniej kampanii wyborczej.
 
Człowiekiem prezydenta w tym świecie odpowiedzialnym za zbieranie pieniędzy i organizację spotkań („fundraiserów” w żargonie) jest Jeffrey Katzenberg, szef studia DreamWorks. W tym roku, mimo napięć na linii Los Angeles – Waszyngton wynikających z klęski ustaw SOPA/PIPA, branża będzie też bardzo hojnie wspierać kampanię prezydenta, jak i kampanie Demokratów.
 
 
Biorąc pod uwagę te liczne związki polityczno-filmowe, nietrudno się domyśleć, że gala wręczania Oscarów była często wykorzystywana do politycznych deklaracji – i to zwykle o lewicowym zabarwieniu. Oto 5 politycznych momentów.   
 
2011 – Charles Ferguson
 
Reżyser filmu „Inside Job” („Szwindel: Anatomia kryzysu") wykorzystał moment, gdy odbierał statuetkę za najlepszy film dokumentalny do ataku na Wall Street. Ferguson stwierdził na początku przemówienia: „Minęło trzy lata od kryzysu finansowego spowodowanego przez oszustwo, a żaden z szefów firm na Wall Street nie trafił do więzienia. To nie jest w porządku”. Deklaracja Fergusona została przyjęta aplauzem i gromkimi brawami.
 
2009 - Dustin Lance Black/Sean Penn
 
Scenarzysta filmu „Obywatel Milk” o pierwszym otwarcie przyznającym się do homoseksualizmu polityku który wygrał wybory w stanie Kalifornia, w czasie wystąpienia po odebraniu statuetki stwierdził: „Mówię to do wszystkich gejów i lesbijek w kraju, którym rodziny i rząd wmawiają, że są gorsi.  Już wkrótce wszyscy będziecie mieć równe prawa w całym naszym wspaniałym kraju.”. Dodatkowo, aktor Sean Penn, grający główną rolę w tym filmie zaapelował do wszystkich popierających zakaz małżeństw homoseksualnych o przemyślenie własnych „haniebnych” poglądów.
 
2007 – Al Gore
 
Al Gore po klęsce w wyborach prezydenckich w 2000 roku znalazł nową życiową misje – walkę z globalnym ociepleniem klimatu. Film dokumentalny w reżyserii Davisa Guggenheima „Niewygodna prawda” zdobył Oscara. Gore pojawił się na scenie przy okazji wręczenia nagród i niczym prezydent wygłosił krótkie przemówienie  o niebezpieczeństwach zmian klimatycznych.
 
2003 - Michael Moore
 
Rok 2003 to szczytowy moment politycznej bitwy o wojnę w Iraku. Tak się złożyło, że nagrodę za film dokumentalny „Zabawy z bronią” (Bowling for Columbine) otrzymał Michael Moore, ostry krytyk prezydenta Busha. Moore był wówczas jednym z kluczowych graczy na amerykańskiej lewicy. W krótkim wystąpieniu potępił prezydenta Busha. Kluczowy cytat: „żyjemy w czasach w których fikcyjne rezultaty wyborów dają nam fikcyjnego przywódcę. Żyjemy w czasach w których prezydent wysyła żołnierzy na wojnę z fikcyjnych powodów. Panie Bush, niech się Pan wstydzi”. Co ciekawe, Moore nie zyskał poparcia sali – gwizdy były równie głośne jak oklaski.
 
1973 – Marlon Brando
  Nie tylko dokumentaliści wykorzystywali szansę, którą dają Oscary, na polityczne deklaracje. W 1973 roku Marlon Brando odmówił przyjęcia nagrody za „Ojca Chrzestnego” i wysłał na scenę ubraną w tradycyjny strój Apaczów młodą Indiankę, Sacheen Littlefeather.  Ona odczytała oświadczenie Brando, który zbojkotował ceremonię ze względu na sposób pokazywania Indian w westernach.
 
fot. mobo85 CC BY-NC-SA 2.0
 
 

16:46

Niemym kinem w Romneya


17:01

Siemoniak odpowiada Millerowi ws Korwety

na Facebooku: "Leszek Miller protestuje przeciw zamknięciu programu korwety Gawron. Można zrozumieć, że jako premier w roku 2001 czuje się odpowiedzialny za tę decyzję. Jako zwolennik oceny ludzi po tym jak kończą, mógłby wyjaśnić, dlaczego za rządów SLD nie ukończono tej budowy, 4 lata to przecież termin wystarczający. Ciekawe też co myśli premier Miller o roli zagranicznych firm w projekcie, bo licencja jest niemiecka, a przyszłe setki milionów zł miały pojść do francuskich firm. Ale wypowiedź, że brak nieistniejącej (przecież nawet pieniądze nie gwarantowały tu jak widać finału) korwety obniża zdolności naszej Marynarki, uważam za mało racjonalną, podobnie jak wstawienie się za remontem starych amerykańskich 2 fregat w stoczniach USA za 0,5 mld zł, co odwołałem w listopadzie ubiegłego roku. Nie chce mi się wierzyć, że były premier i marynarz może hołdować filozofii wiecznego czekania na nierealne projekty i równie wiecznego remontu staroci." 
 
Wczoraj u Agnieszki Burzyńskiej w RMF Miller mówił: "Otrzymywałem informacje, że jeżeli chcemy mieć marynarkę wojenną, to musimy mieć okręty. Jeżeli nie chcemy mieć marynarki wojennej, to możemy okręty likwidować.". Były premier stwierdził także, że polska MW przestaje istnieć - ze wzgledu na skasowanie projektu "Gawron" i wycofywanie jednostek amerykańskich. Pisaliśmy o tym wczoraj- link

17:40

Gdzie można spotkać Zygmunta Solorza?

Na rynkach. Zwłaszcza na jednym. A konkretnie na targowisku na Placu Szembeka w Warszawie. Widziano go wczoraj wcześnie rano, jak w skórzanej kurtce-pilotce kupował pieczywo w jednej z budek. Jeden z najbogatszych Polaków albo faktycznie jest tak oszczędny, jak się o nim mówi, albo po prostu lubi robić zakupy. Plac Szembeka jest jednym z ostatnich miejsc w Warszawie, gdzie można kupić wiejskie mleko, kury i jajka. Solorz mieszka w pobliskiej Starej Miłosnej.
 
Osoba, która go widziała, stała za nim w kolejce. W pierwszej chwili trudno było podobno uwierzyć, że to faktycznie on. Ale wyraźnie drogie buty pozwoliły "przejść weryfikację". Kiedy płacił, zadzwonił telefon: "Na targu jestem, zaraz oddzwonię"- powiedział, zakończył rozmowę i zniknął wśród straganów.  

18:28

Romney:

Zdobędę nominację

Mitt Romney w programie Fox News Sunday powiedział: Oczekuję, że zdobędę nominację (I expect to get the nomination). Wytłumaczył prowadzącemu Chrisowi Wallace'owi, że powodem, dla którego zostanie kandydatem Partii Republikańskiej, jest jego wiedza na temat ekonomii. Słowa Romney'a, choć dość odważne, to są jednak bardziej wyważone i stonowane niż słowa Newta Gingricha, który prawie trzy miesiące temu zadeklarował, że będzie nominowanym na kandydata GOP (I'm going to be the nominee).

18:42

Polski klucz arcybiskupa Dolana

 

Rok 2011 był pierwszym rokiem urzędowania nowego Nuncjusza Apostolskiego w Polsce – arcybiskupa Celestino Migliore. Rok ten pokazał nam już  wyraźnie, że w polskim Kościele odbywa się cicha, ale prawdziwa rewolucja. Rewolucja personalna. 

Zacznijmy od tego, jakie decyzje personalne są już za włoskim nuncjuszem. Są to nowe nominacje w skład polskiego episkopatu. Nowymi biskupami w ostatnim czasie zostali: Piotr Greger, Grzegorz Ryś, Andrzej Damian Muskus, Janusz Stepnowski i Marek Solarczyk. Nowi ordynariusze, którzy wyszli spod ręki arcybiskupa Migliore, to odpowiednio arcybiskupi: Stanisław Budzik, Wacław Depo oraz Wiktor Skworc. Biskupi zaś to: Henryk Tomasik, Józef Guzdek i Jan Kopiec.

Spójrzmy, jakie decyzje czekają nowego ambasadora papieskiego w najbliższym czasie. Do obsadzenia pozostają dwie diecezje: Tarnowska i Zamojsko-Lubaczowska. A w kolejnych kilku ordynariusze są już, bądź niemal są, w wieku emerytalnym. Dotyczy to odpowiednio biskupów: Antoniego Dydycza, Stanisława Napierały, Józefa Kowalczyka, Władysława Ziółka, Kazimierza Górnego i Mariana Gołębiewskiego. Tyle statystyki. 

Czy z tego zestawienia można wyciągnąć już jakieś generalne wnioski? Ustalić personalną linię nowego nuncjusza? Chyba tak.

Najpierw trzeba więc powiedzieć, że najprawdopodobniej kończy się w polskim episkopacie dyktat krakowski. Dyktat, symbolizowany nominacją arcybiskupa Nycza do Warszawy i Józefa Guzdka na Katedrę Polową, także w stolicy.

Skąd wniosek o końcu tej pewnej, personalnej epoki? Z dwóch wydarzeń.

Najpierw z nominacji sufraganów krakowskich. Jest dość powszechną wiedzą, że kandydatami kardynała Dziwisza zgłoszonymi w tak zwanym terno byli ksiądz Dariusz Raś oraz jezuita ojciec Bogusław Steczek. Tymczasem z Wiecznego Miasta wróciły nominacje inne. Biskupów Rysia i Muskusa. To była pierwsza personalna porażka wieloletniego sekretarza Jana Pawła II. Zdarzyła mu się jednak i kolejna. Krakowskie kręgi kościelne były niemal pewne, że nowym metropolitą częstochowskim zostanie krakowski biskup pomocniczy Jan Szkodoń. O skali tej pewności niech świadczy fakt, że sam potencjalny nominat nie organizował już w Krakowie swoich imienin. Wyglądało bowiem na to, że szykuje się już do ich odbycia w Częstochowie. Tymczasem znów w Rzymie doszło do zmiany nominacji. Metropolitą Częstochowskim został biskup Zamojsko-Lubaczowski Wacław Depo. Przykłady te pokazują, że trwały od wielu lat krakowski układ nominacyjny cementowany przez nuncjusza Kowalczyka przestaje funkcjonować. 

Co jest konsekwencją tej nowej sytuacji? Chociażby to, że nowe nominacje są bardziej duszpasterskie niż profesorskie. Biskupi Solarczyk, Greger czy Muskus to długoletni i doświadczeni duszpasterze, biskup Stepnowski zaś to typowy desant rzymski.

Desant nowego trendu. Trendu Benedykta XVI. Trend ten najlepiej charakteryzuje jedna z pierwszych decyzji nowego łomżyńskiego pasterza. W liście skierowanym do podległych sobie księży, biskup Stepnowski uregulował kwestię zakupu komunikantów do sprawowania Mszy Świętej. Wskazał, że źródło ich pochodzenia musi być pewne, a ich wypiekowi towarzyszyć musi atmosfera modlitwy. Stąd też od tej pory wszyscy kapłani w diecezji mają nabywać je w klasztorze łomżyńskich benedyktynek. List ten znakomicie pokazuje zrozumienie nowego pasterza dla kwestii liturgicznych - tego jednego z najważniejszych rysów pontyfikatu papieża Ratzingera. 

Inne nominacje podsumować by można jednym określeniem – określeniem pastoralnego, ewangelicznego świadectwa. Biskup Solarczyk to długoletni licealny katecheta, do dziś utrzymujący zażyłe kontakty ze swymi uczniami. To człowiek stale piszący żywego i licznie nawiedzanego bloga. Kolejny przykład – Biskup Grzegorz Ryś. Znany choćby w Krakowie z jednej strony z głoszenia twardych zasad życia chrześcijańskiego, z drugiej strony zaś z życzliwego przyjęcia Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. 

Tyle za nami. Przed nami nominacje na kolejnych ważnych biskupich stolicach. Choćby we Wrocławiu, Gnieźnie i Łodzi. Można założyć, że nominacje te – choć w pewnym zakresie ograniczone nieco obecnym składem episkopatu oraz prawdopodobnym desantem rzymskim (prałata Ptasznika do Tarnowa? Prałata Krajewskiego do Łodzi?)  – będą utrzymane w tym właśnie kluczu. Wytrawnych i otwartych duszpasterzy, a jednocześnie ludzi bezkompromisowego ewangelicznego świadectwa. 

Kilka tygodni temu w Newsweeku Szymon Hołownia opisał nowego metropolitę Nowego Jorku, niebawem już kardynała, Timothy Michaela Dolana (link). Kim w opisie Hołowni jest arcybiskup Dolan? Odpowiedź: bezkompromisowym katolickim konserwatystą - otwartym na rozmowę z każdym! Człowiekiem gotowym bronić nauki katolickiej, w każdym miejscu gdzie się znajduje. Na blogu, na nowojorskiej ulicy i na antenie liberalnej stacji telewizyjnej. Człowiek życzliwy dla każdego, ale i nieustępliwy gdy idzie o prawdy wiary. Człowiek konserwatywny, ale też na wskroś nowoczesny. 

Jeśli więc pytamy dziś, jaki jest klucz personalnych nominacji nuncjusza Migliore nad Wisłą, to można zaryzykować twierdzenie, że jest to klucz arcybiskupa Nowego Jorku – Timothy Michaela Dolana.

 

 

 

 

Autor: Cantius z Krakowa


 

19:35

GOP, chyba macie problem

Czy Mitt Romney wpadł na kolejną minę? Ledwo wszyscy zapomnieli o jego wpadce z zakładem o 10 tysięcy dolarów (dobra, nie wszyscy, pewnie  10k bet wróci, jeśli Mitt zdobędzie nominację, bo nie wyobrażam sobie, żeby Demokraci taki kąsek sobie odpuścili), lub “corporations are people”, albo o tym, że nie zajmuje go myślenie o ubogich (I'm not concerned about the very poor), a Romney znów musiał przypomnieć, jak bardzo jest bogaty.
 
Próbując zyskać sympatię mieszkańców stanu Michigan, w którym trochę niespodziewanie dla siebie, musi walczyć o wygraną w prawyborach z Rickiem Santorumem, Romney powiedział, zgodnie z prawdą, że jego żona Ann jeździ dwoma cadillakami. To nie była przypadkowa uwaga, Romney opowiada(ł) się przeciwko bailoutowi, a więc przeciw ratowaniu Detroit i amerykańskiej branży samochodowej i teraz zmuszony jest do nadrabiania w słupach i punktowania w stanie dumnym z przemysłu samochodowego. A cadillac to luksusowa amerykańska marka samochódu. Sam Mitt jeździ Fordem Mustangiem i półciężarówką (Chevy pick-up truck) - a więc tradycyjnie amerykańskimi pojazdami (i symbolami amerykańkiego stylu życia). Jednak uwaga o cadillakach została źle przyjęta. Epatowanie luksusowymi markami, nawet amerykańskimi, mało komu się podoba.
 
Obecni republikańscy kandydaci na prezydenta, nawet jeśli dużo biedniejsi niż Mitt, to raczej biednymi nie mogą się nazwać - są warci o wiele więcej niż statystyczny Amerykanin. I to nie oni będą atakować Romney'a wytykając mu jego bogactwo, ale nie da się ukryć, że były gubernator Massachusetts ma problem.

 
Oczywiście, bycie zamożnym to nie grzech, ale u Romney'a razi trochę brak wyczucia. Jego kampania nie możne znaleźć sposobu, na to by komunikować mantrę Partii Republikańskiej: to nic złego odnieść sukces, nie ma nic złego w byciu bogatym, wszyscy chcemy być zamożni. Mitt kilka razy próbował to przekazać, tłumaczył, że do swojej fortuny doszedł sam, że choć pochodzi z zamożnej rodziny, to pieniędzy nie odziedziczył, a sam się ich dorobił.
 
Także i teraz jego linia obrony ("If people think there's something wrong with being successful in America, they better vote for the other guy") wygląda trochę niebezpiecznie. Bo może jednak wyborcy uznają, że naprawdę wolą zagłosować na innego. Tym bardziej, że jeszcze niedawno GOP wygrywała wybory, bo z ich kandydatem przeciętny Amerykanin chciał pójść na piwo, a nie dlatego, że kandydat ten odniósł sukces. Los Gore'a i Kerry'ego powinien dać sztabowi Romney'a dużo do myślenia. Owszem, to demokraci, to było kilka lat temu, a sytuacja ekonomiczna wygląda tak, jak wygląda, ale mimo wszystko... GOP, chyba macie problem, musicie sprzedać bogatego kandydata niezbyt zamożnemu wyborcy.
 
 

19:56

Najbardziej rozdmuchane i najmniej docenione newsy tygodnia


Przez polskie media przetoczyła się informacja, że 9 działaczy Palikota wstąpiło do SLD. Albo odwrotnie. Bo to przecież kompletnie bez znaczenia. I to nie z braku szacunku do ludzkiej jednostki razy dziewięć. Lokalni działacze „zawodowi” zmieniają partyjne afiliacje jak Waldemar Pawlak tablety i kompletnie nic z tego nie wynika. O sprawie „9 działaczy” mówiły i pisały absolutnie wszystkie media.
 
Do wymęczenia podawano też informacje o rzekomym wychodzeniu PSL z koalicji. Jeden z ważniejszych ministrów obliczył, że oznaczałoby to, że armia 3000 PSLowców w całym kraju zasiliłaby statystyki GUS w dziale: bezrobotni. No ale jak ktoś poważnie traktuje posła Kłopotka to niech o tym czyta. PSL ma klawe życie, każdy spin Pawlaka jest przeżuwany i łykany przez wszystkich.
 
 
Tymczasem, bez niczyjego zainteresowania przemknęła wiadomość podana w tekście Janiny Bilkowskiej i Sylwii Szparkowskiej w środowej Rzepie: Organizacje pozarządowe ostrzegają, że w związku z kolejną ustawą zdrowotną Tysiąclecia, której zazdrości nam cały świat, mogą zniknąć hospicja. Drobiazg.
 
Ustawa o działalności leczniczej, przyjęta i okrzyknięta sukcesem w poprzedniej kadencji zakłada, że każda działalność lecznicza, jest działalnością gospodarczą. W hospicjach przebywa obecnie 3-4 tysiące chorych terminalnie (śmiertelnie) i tysiące korzystające z opieki dziennej (np. chorzy na Alzheimera).
 
Ale kto zawaracałby sobie głowę tysiącami ludzi z hospicjów. Przecież latwiej jest przemielić newsa o 9 działaczach Ruchu Palikota.