W piątek po 18.00 w skrzynkach pocztowych wielu osób wylądowało zaproszenie od Ministra Administracji i Cyfryzacji na obywatelską debatę z udziałem premiera Donalda Tuska. Nareszcie?
My też dostaliśmy (niektórzy nawet zostali zaproszeni więcej niż jeden raz). O ile poniedziałkowa debata to krok w dobrym kierunku, to pośpiech w jej organizowaniu jest aż nadto widoczny. Pytanie, czy zapraszanie wszystkich (i to naprawdę wszystkich), ma sens? Pewnie chodziło o to, by nikogo nie urazić brakiem zaproszenia. A gdyby zaproszono "tylko" Jarosława Lipszyca, Piotra Waglowskiego, osoby z Internet Society Poland, czy też z Fundacji Nowoczesna Polska lub z Panoptykonu, a więc osoby, które o ACTA wypowiadają się kompetentnie i na temat, polski internet wawrzałby o równych i równiejszych.
A tak wawrzał na sposób zapraszania i już pojawiły się bonmociki o tym, że premierowi się jednak odmawia. Odmówili między innymi
Piotr Konieczny,
Paweł Tkaczyk,
Kominek. Argumenty? Że szybko, że za późno, że za mało czasu, że to tylko PRowy zabieg rządu. Zostawiając na boku dyskusję o tym, czy rzeczywiście premier powinien dostosować swój rozkład dnia czy tygodnia do kalendarzy zapraszanych osób... Albo nie, serio, oczekujecie, że premier rządu będzie zmieniał swój terminarz i przestawiał spotkania? Poniedziałek w środku dnia jest datą równie dobrą jak każda inna, i zakładam, że rzeczywiście mógł być jedynym terminem na w miarę szybkie zorganizowanie spotkania. Gdyby debatę zorganizowano, na przykład, w piątek 10 lutego o godzinie 20, czytalibyśmy teraz narzekania, że
w karnawałowy piątek są inne rzeczy, inne miejsca i inne sposoby na spędzenie czasu, a poza tym, czemu tak późno, pewnie rządowi się nie spieszy, nie chce z nami debatować.
Ale nie da się ukryć, że rozsyłanie zaproszeń w późne piątkowe popołudnie lub wczesny wieczór i wyznaczanie terminu potwierdzenia obecności na poniedziałek rano, to recepta na wywołanie niezadowolenia i narzekań. Przy dobrej woli można zakładać, że ktoś po prostu nie pomyślał, jak to zostanie odebrane, przy odrobinie złej - zastanawiać się, co za tym stoi, i czy organizatorom spotkania naprawdę zależy na rzetelnej debacie i czy jest im na rękę obecność tylko niektórych zaproszonych osób. Bo rzeczywiście, z tak krótkim wyprzedzeniem trudno liczyć na obecność wielu pracujących osób. A jeśli zamiast kompetentnych ludzi znających się na rzeczy, przyjdą etatowi krzykacze, którzy zamiast prowadzić dyskusję o ACTA i wolności w internecie, zamienią debatę w atak na rząd, to... To może się okazać, że więcej debat nie warto organizować.