„Turysta Malarz” to zbiór reportaży naszego redakcyjnego kolego Jakuba Krzywieckiego, przedstawiający miejsce katastrofy w Czarnobylu ze współczesnej perspektywy. Książka ukazuje strefę zero jako obszar pełen sprzeczności. Z jednej strony mamy do czynienia z pięknem odradzającej się przyrody, z drugiej zaś masowa turystyka spłyca wymiar tragizmu ofiar katastrofy. Książkę można kupić tutaj.

***

Zdawaliśmy raport z prac i wtedy to się stało. Bardzo głośny dźwięk. Spojrzeliśmy na elektrownię. To było tak, jakby uniósł się kawałek budynku. Zobaczyliśmy światło, taki błysk i chwilę później wszystko ucichło. To trwało sekundy. Potem były już tylko kłęby dymu. Nie czuliśmy strachu, nie było paniki. Nikt nie był w stanie wyobrazić sobie, że coś złego stało się z reaktorem. Ot, jakaś awaria. Może doszło do uszkodzenia urządzeń wokół rdzenia. Na pewno nie reaktor.

Zaraz przyjechała straż pożarna z elektrowni. Trzy samochody. Potem jeszcze dwa z Prypeci. Przyjechali strażacy, gaszą pożar. Sytuacja wydawała się być opanowana. Kolejna zmiana czekała na rozpoczęcie pracy, my na autobusy, które miały nas odwieźć do miasta. Ale autobusów nie było. Nie mogliśmy sprawdzić co się dzieje, odcięli telefony. Potem kierownictwo poinformowało nas, że zakład zostaje tymczasowo zamknięty i wszyscy mamy wracać do domu. Transport nie przyjeżdżał, poszliśmy pieszo. 2,5 km przez las. Teraz wiem, że był skażony.

Wołodia zamyślił się, patrzył teraz w okno. Ja wyczekująco patrzyłem na niego. Miał zaciśnięte usta. Niespodziewanie jego opowieść przejęła Nina.

— Mąż wrócił do domu koło trzeciej. Wszedł do mieszkania i stanął przy oknie. Czuł się dobrze. Podeszłam do niego. Wtedy powiedział, że była eksplozja w elektrowni. Wyśmiałam go! Mówię, coś ty głupi, nie opowiadaj takich rzeczy! Rozebrał się. Ubrania, tak jak zawsze, wrzuciłam do wanny. Zostały tam. Nie zdążyłam zrobić prania przed ewakuacją. Cztery miesiące później, w sierpniu, pozwolono nam wrócić po część rzeczy. Wszystko sprawdzał dozymetrysta. Do tej wanny kazał się nie zbliżać. Tak była napromieniowana.

Dzień przed ewakuacją wszystko wydawało się normalne. Sobota taka jak zwykle.

— Zaczęli przyjeżdżać oficjele — Wołodia przerywa żonie. — Tak pod wieczór. Przyjechał generał wojsk chemicznych Pikałow i Majorec – minister energetyki. Pojawiło się też sporo wojskowych. Wozy opancerzone. Myśleliśmy, że może jakieś ćwiczenia obrony cywilnej. Takie ćwiczenia nie byłyby niczym nadzwyczajnym. Nikt się nie przejmował elektrownią. Przecież gdyby było jakieś zagrożenie, powiedzieliby nam. W Związku Radzieckim zawsze był ktoś na górze, kto decydował. Myślał za nas.

***

To jedno z najbardziej mitycznych miejsc w czarnobylskiej zonie. Szpital miejski w Prypeci to obiekt, gdzie historia jest namacalna tak bardzo, że może stanowić realne zagrożenie. Znajdziemy tam puste sale z resztami sprzętu operacyjnego, fiolki wypełnione nieznaną zawartością, dokumentację medyczną czy nawet niewielkie ilości lekarstw. Obdrapane ściany, zniszczone urządzenia i wszechobecny bród sprawiają, że miejsce przypomina plan zdjęciowy wysokobudżetowego horroru. Jednak najciekawsze jest to, co niewidoczne na pierwszy rzut oka.

26 kwietnia 1986 roku, w noc katastrofy, to właśnie tutaj przywieziono strażaków, którzy gasili płonący reaktor. Strażacy wykazywali objawy bardzo ostrej choroby popromiennej, więc lekarze którzy byli wówczas na dyżurze doskonale zdawali sobie sprawę, że w pierwszej kolejności mężczyzn trzeba rozebrać z ubrań, które z pewnością zostały silnie skażone. Strażackie kombinezony zniesiono do piwnic szpitala. Do ewakuacji nikt ich stamtąd nie zabrał. Nie zrobiono też tego później, bo wymagałoby to całej, dosyć drogiej operacji utylizacji materiałów radioaktywnych. Po co zabierać coś ze strefy zamkniętej, gdzie teoretycznie materiał taki nie stanowi zagrożenia dla ludzi. Tak więc ubrania te leżą tam do dzisiaj. Można je zobaczyć. Ukraińska administracja stara się zapobiegać turystyce w tym miejscu poprzez zamurowywanie kolejnych wejść do piwnic. Ale jak to mówią, sprytny zawsze furtkę znajdzie. Zarząd ogranicza dostęp do tego miejsca z uwagi na fakt, że mimo upływu ponad trzydziestu lat, ubrania strażaków wciąż są silnie napromieniowane i przy dłuższym kontakcie stanową realne zagrożenie. Podziemia prypeckiego szpitala to jedno z miejsc, gdzie ubranie kombinezonu, choćby malarskiego, jest uzasadnione. Oprócz tego podczas eksploracji przyda się latarka, grube rękawice i lepszej jakości maska przeciwpyłowa. Chodzi o to, by ochronić skórę i drogi oddechowe przed ewentualnym kontaktem ze znajdującym się tutaj

radioaktywnym pyłem. Po nałożeniu na siebie odzieży ochronnej, można rozpocząć poszukiwania skażonych ubrań. Odnalezienie ich nie jest specjalnie trudne, leżą w jednym z pomieszczeń przy stosunkowo łatwo dostępnym korytarzu. Utrudnienie może stanowić panująca tu ciemność i potęgująca strach cisza. Kiedy znajdziemy się w pobliżu wspomnianego pomieszczenia, ciszę przerwie z pewnością alarm dozymetru. Nie spotkałem nikogo, kto chciałby tam przebywać dłużej niż kilka minut.

Sam byłem tam raz, równie krótko. W niewielkiej wnęce leżą gnijące buty, spodnie i kurtki, rozrzucone bezładnie w niezmienionych od ponad trzydziestu lat pozycjach. Zmienia się za to odczyt dozymetru, którego wyświetlacz wskazuje coraz wyższe wartości. Normalna dawka promieniowania, którą przeciętnie odbiera się z otoczenia, to setne części mikrosiwertów (μSv). Siwert to jednostka promieniowania alfa, beta i gamma przyjmowanego w ciągu godziny. W centrum Warszawy ze względu na dużą ilość urządzeń elektrycznych, anten, lini przesyłowych i trakcyjnych, można odnotować daw- ki do 0,2 μSv. Na progu pomieszczenia ze strażackimi kombinezonami dozymetr wskazywał ok. 40 μSv. Wewnątrz, po zbliżeniu do ubrań, odczyty wahały się od 300 do nawet 900 μSv. Po szybkiej sesji fotograficznej radioaktywnych artefaktów, nie pozostało nic innego jak oddalić się z tego miejsca. Czy dawka promieniowania przyjmowanego w podziemiach szpitala jest niebezpieczna? Tak, ale tylko w przypadku przebywania w tym miejscu przez dłuższy okres czasu. Ponadto większość niebezpiecznego pyłu pozostaje na ubraniach ochronnych, których turyści pozbywają się zaraz po opuszczeniu piwnic. Podsumowując, zwiedzanie piwnic może być niebezpieczne, ale na tym właśnie polega cały urok urbexu. Na dreszczyku emocji, niepewności i konfrontacji z zagrożeniami, po przezwyciężeniu których znacznie wzrasta poczucie własnej wartości.