W Polsce powstała nowa partia. Nie ma oficjalnego statutu, ani adresu. Nie ma też listy członków. Należą do niej jednak tysiące osób. W większości rekrutują się z inteligencji, osób zaangażowanych społecznie, lokalnych działaczy, ludzi kultury, ekspertów. Spotykają się w knajpach i na odczytach, czasem nawet coś napiszą. Krążą w przedpokojach władzy czekając na swój szczęśliwy dzień. W Polsce powstał Bezpartyjny Blok Współpracy z Ratuszem. Ma liczne oddziały i koła w każdej gminie. Jego działacze deklarują apolityczność i wierność technokratycznym regułom rządzenia. Chcą więcej profesjonalizmu, więcej szkoleń i więcej grantów. Chcą dobrze płatnych ekspertyz, stanowisk w urzędach, dyplomów i zaszczycików.

Działania BBWR sprawiły, że polskie miasta stały się społeczną pustynią. Wiele wybijających się jednostek została zwerbowana i kupiona. Niezależne środowiska zostały podzielone i spacyfikowane. Wielu osób z poczuciem przegranej i wiecznego „niedasizmu” wyjechało zagranicę. Grantoza dopełniła dzieła zniszczenia. Organizacje pozarządowe wiszą na konkursach, lokalach wynajmowanych od miasta. Życie całego sektora zależy od humoru lokalnego kacyka. Organizacje zbyt oporne wobec lokalnej władzy pozbawiane są środków, te które są finansowo niezależne stają się często ofiarami wrogiego przejęcia. Uniwersytety, które niegdyś były ośrodkami niezależnej myśli i oporu wobec władzy, zostały przy milczącym przyzwoleniu profesury, sprowadzone do statusu szkółek zawodowych żebrzących o kolejne granty.

BBWR jest kluczowym koalicjantem lokalnych układów władzy. To BBWR buduje jej społeczną legitymację. Stwarza pozory jej nowoczesności i zdolności do samonaprawy. Działa jak skuteczny wentyl bezpieczeństwa. Refren „wiemy, że są wypaczenia i błędy, ale nie wylewajmy dziecka z kąpielą” niesie się od morza do gór. Członkowie BBWR odmieniają słowa „stabilizacja” i „ewolucja” na wszystkie przypadki. Ich misją jest ochrona naszej małej stabilizacji przed zakusami społeczników „awanturników” i „wichrzycieli”. Renesans przeżywa gomułkowski język. Wiernopoddańcze artykuły i listy ludzi kultury i nauki przy okazji referendum warszawskiego, powtórzyły się podczas olimpiady krakowskiej i powtarzają się teraz, gdy widmo „niesprecyzowanych ruchów miejskich” wisi nad Polską.

Strach budzi fakt, że decydujący cios BBWRowi mogą przynieść nie „oszołomy z prawicy”, ale wielkomiejski elektorat, który oczekuje sprawnego i zrównoważonego zarządzania miastem, poprawy jakości życia, a nie arogancji, kumoterstwa i zastępczych wojen o tęcze. Czy ten strach jest uzasadniony? Trudno ocenić, ale jeśli raczkujące ruchy miejskie wzbudzają taką opozycję wszystko wskazuje na to, że jesteśmy na dobrej drodze.