Komentatorom politycznym umknął fakt, że premier ciągle nie podjął decyzji w sprawie przyszłości Andrzeja Seremeta. W 2012 roku szef rządu sprawozdanie prokuratora generalnego przyjął dopiero późną jesienią – 28 listopada. Media o przyjęciu sprawozdania dowiedziały się zresztą z komunikatu kancelarii premiera. W tym roku może być podobnie.

Pomimo zidentyfikowanych uchybień, premier Donald Tusk ma nadzieję, że nastąpi znacząca poprawa funkcjonowania prokuratury – informowało KPRM, co dość powszechnie było interpretowane jako ostrzeżenie dla Seremeta. Jednak, jak pisaliśmy na 300polityce w lipcu, skoro los prokuratora generalnego zależy od PiS, jego odwołanie jest mało prawdopodobne.

Do odwołania potrzeba w Sejmie większości konstytucyjnej większości 2/3 – niezbędnej także do rozpisania wcześniejszych wyborów. Przez rok nic się nie zmieniło – trudno byłoby zebrać 307 posłów. Wiadomo, że formacja Jarosława Kaczyńskiego nie poprze wniosku o odwołanie Seremeta. Jego nominację podpisał śp. Lech Kaczyński, ale nie to jest najważniejsze. Politycy PiS muszą zdawać sobie sprawę, że nowym prokuratorem generalnym zostałaby najpewniej osoba bliższa obozowi władzy.

Inna sprawa, że premier nie ma ustawowego terminu na podjęcie decyzji, co istotnie może tworzyć patologie. Ziobryści niespełna rok temu złożyli w Sejmie projekt, wyznaczający premierowi miesięczny termin na przyjęcie lub odrzucenie sprawozdania. W maju rząd ocenił, że wprowadzenie ograniczenia czasowego jest, co do zasady, uzasadnione, ale znalazło to wyraz w przygotowanej przez ministerstwo sprawiedliwości nowelizacji ustawy o prokuraturze.

Kiedy jednak nowa ustawa zostanie uchwalona? Tego nie wiadomo. Projekt nie wyszedł nawet z rządu. Premier może co najwyżej odrzucić sprawozdanie prokuratora generalnego, nie występując z wnioskiem o jego odwołanie.

Fot. Krzysztof Białoskórski/Sejm