24 października Komisja Trójstronna ma omówić związkowe postulaty, przedstawione podczas wrześniowego protestu w stolicy. Ale już teraz trudno nie odnieść wrażenia, że choć rząd pręży muskuły, to w praktyce ulega związkowcom, albo przynajmniej idzie z nimi na kompromis.

Ozusowienie umów śmieciowych to temat powracający jak bumberang. Premier już rok temu, w tzw. drugim expose miał zapowiedzieć oskładkowanie umów. Być może był to tylko balon próbny, by przetestować nastroje. Teraz sytuacja jest trochę inna – projekt wszedł w rządową machinę legislacyjną. Musi jeszcze przejść przez parlament, więc – choć trudno to sobie wyobrazić – może na którymś etapie zostać odrzucony.

Ustawa, który ma zostać uchwalona jeszcze w tym roku, zakłada wprowadzenie składki emerytalnej i rentowej od wynagrodzeń członków rad nadzorczych oraz – co ważniejsze – pełne oskładkowanie umów zleceń do osiągnięcia płacy minimalnej. W tym roku to 1600 zł, w przyszłym 1680. Ministerstwo uzasadnia, że ten typ umów jest coraz powszechniejszą formą wykonywania pracy. W tej chwili bowiem pracodawca płaci składki jedynie od jednej umowy, co według resortu stanowi pole do nadużyć. Wystarczy ubezpieczyć pracownika od najniższej, często kilkudziesięciozłotowej umowy.

Widać ewidentnie, że polityka rządu dotycząca bezrobocia jest mocno niekonsekwentna. Z jednej strony wprowadza się uelastycznienie kodeksu pracy i spóźnioną ustawę antykryzysową. To rozwiązania korzystne raczej dla pracodawców niż pracowników – i tak trudno wierzyć w magiczny skutek ich działania. Ponadto, jak donosiło w czerwcu RMF FM, minister finansów chciał zamrozić płacę minimalną. Przeprowadzana jest także, co prawda z problemami, ale jednak deregulacja zawodów – skądinąd jeden ze standardowych pomysłów Jarosława Gowina.

Z drugiej strony, oskładkowanie umów śmieciowych zwiększy wpływy do FUS o najwyżej kilkaset milionów złotych rocznie. Taka kwota nie uratuje budżetu państwa, który i tak dzięki zmianom w OFE zyska w przyszłym roku głęboki oddech finansowy. Może natomiast zwiększyć bezrobocie, choć bardziej lewicowi publicyści będą twierdzić, że oskładkowanie to same korzyści. Wygląda więc na to, że jest to jakaś forma kompromisu. Związkowcy domagali się wprawdzie wycofania elastycznego czasu pracy, ale w praktyce – także ze względów politycznych – nie jest to możliwe. Rząd tylko straciłby, rezygnując z jednej z obietnic premiera z II expose.

Ozusowienie umów będzie natomiast dla polityków koalicji PO-PSL wygodnym pretekstem do tłumaczeń, że rząd realizuje postulaty związkowców. Może być to także sukces Piotra Dudy – o ile będzie w stanie go wykorzystać. Mirosław Czech w Gazecie pisał wręcz, że przywódca „Solidarności” jest prawdziwym liderem prawicy, a dzięki wrześniowej manifestacji związkowców wybił się na samodzielność, pokazując, że może reprezentować elektorat socjalny nie tylko z prawej, lecz również z lewej strony.

Nawet Jarosław Kaczyński, zasadniczo niechętny elastycznym formom zatrudnienia, przyznał na Forum Ekonomicznym w Krynicy, że gdyby zlikwidować umowy śmieciowe, wzrosłoby bezrobocie. – Jest wiele osób, które wolą takie umowy od standardowej umowy o pracę. Powrót do dominacji umowy o pracę to musi być proces – mówił lider opozycji.

Fot. NSZZ Solidarność/Facebook