Gdy przestaje przemawiać sukcesy przychodzą same. Jest mistrzem milczenia. A milczy nie tylko w wielu barwach, ale i nawet merytorycznie. Jarosław Kaczyński ma coraz większą wprawę w nie organizowaniu konferencji prasowych. Z sukcesem udało się mu też ostatnio nie zabrać głosu w kilku sprawach. Sondaże pokazują, że to słuszny kierunek.

Oszczędny i subtelny. Tak powściągliwego prezesa, jak ostatnio w sejmie dawno nikt nie widział. Jarosław Kaczyński przemówił, ale udało mu się nie zagrzać żółtych pasków. Widzów pozostawił w uczuciu niedosytu a dziennikarzy niedowierzania. Nawet pytany o Lecha Wałęsę prezes stwierdził tylko, że: „na ten temat będzie miał dużo do powiedzenia, gdy odejdzie z polityki”. To oczywiście klasyczne, dobre, stare: wiem, ale nie powiem. Teraz Kaczyński działa jednak w sposób bardziej wyrafinowany. Bo w wielu bieżących sprawach nie znamy obecnie zdania prezesa i to wielki sukces partii. Choć nie wszyscy się tu zgodzą. Najwierniejsi sympatycy uważają, że ojczyzna potrzebuje jego wystąpień. On sam pewnie też. Jednak z wypowiadaniem się ma złe doświadczenia. A to powie, że chciałby karać za in vitro, a to wspomni coś o zamachu. Z takimi wypowiedziami nie da się wygrać żadnych wyborów. Przeciwnicy wiedzą, że to milczenie może wywrócić porządek polityczny w Polsce. To cisza przed burzą – apelują. To nienawistne milczenie – przestrzegają w wywiadach, ale wiedzą jedno: nie da się straszyć PiSem, gdy ten wystraszył się własnych słów.

Wszystko to dość sprytne. Cisza kłuje w uszy, a słupki rosną. Jednak za tym wszystkim czai się pewien ludzki dramat. Problem prezesa PiS polega na tym, że mówi mało, choć ma wiele do powiedzenia. Jest świetnym mówcą, choć sam bywa największą ofiarą własnych słów. Powstrzymał się raz, drugi, zacisnął zęby i kąśliwe pytanie zbył milczeniem, ale to nie może trwać wiecznie. Prezes już szykuje kolejny bon mot, który wciągnie media na tygodnie. By go wygłosić czeka już tylko na najmniej odpowiedni moment.