Tragiczne wydarzenie w Libii i śmierć ambasadora USA w tym kraju wstrząsnęły amerykańską opinią publiczną i zmieniły to, jak wygląda kampania prezydencka. Ale w tle pojawia się zasadnicze pytanie o tzw. „digital diplomacy”. Bo ambasada USA w Kairze, która wydała we wtorek oświadczenie przepraszające za obrazę uczuć religijnych wywołaną antyislamskim filmikiem – walczyła ze swoimi krytykami również na Twitterze. 

Gdy tylko pojawiła się sprawa antyislamskiego filmiku, ambasada USA w Kairze – jeszcze przed rozpoczęciem protestów, we wtorek 11 września – wydała oświadczenie, w którym filmik uznano za „atak na wiarę”, który nie był w żaden sposób popierany przez USA. Ambasada „odrzucała działalność tych, którzy nadużywają wolności słowa atakując religię”. Oświadczenie zostało opublikowane także na Twitterze, i na stronie na FB ambasady – wersji prowadzonej po arabsku. Wywołało reakcję konserwatystów, na Twitterze pojawił się nawet hashtag #USEmbassyCairo. Oświadczenie zostało uznane przez prawicę za „ekstremalną polityczną poprawność”. Niektórzy mówili nawet o „redefnicji pojęcia wolności słowa”. 




Nawet po ataku na ambasadę, gdy tłum około 2 tysięcy osób wkroczył na jej teren, użytkownik konta @USEmbassyCairo bronił wcześniejszego oświadczenia. „Nic nie powstrzyma nas przed obroną wolności słowa i krytykowaniem nietolerancji religijnej”. W ten sposób ambasada stała się centrum amerykańskiej kampanii wyborczej – sztab Romneya wydał oświadczenie, w którym oskarżył Obamę o „sympatyzowanie z atakującymi” przez to oświadczenie ambasady. Gdy dziennikarze zwrócili uwagę, że pełne oświadczenie ambasady zostało wydane jeszcze przed atakiem tłumu, sztab Romneya wskazał na zacytowany wyżej tweet. Administracja Obamy musiała – z przyczyn politycznych – odciąć się od tego oświadczenia własnej ambasady. Jej pracownicy skasowali późnej tweety dotyczące ataku. 




W tym przypadku Twitter tylko pogorszył sytuację, zamiast ją polepszyć. Ale to efekt działania pracowników ambasady, którzy nie potrafili zrozumieć w pełni skali kryzysu. Twitter jednak sprawił, że szybko – dużo szybciej niż w innym przypadku – wymknął się spod kontroli. To będzie cenna lekcja dla wszystkich entuzjastów „digital diplomacy”. 


fot. Diplopundit.com