Bilet na przyjęcie – 1000 dolarów, zdjęcie z kandydatem – 2500 dolarów. Prawo do zasiadania przy tym samym stole? 10 tysięcy. Podczas jednego, często kameralnego, obiadu kampanijny sztab kandydata może zainkasować dużo powyżej jednego miliona dolarów.

 

Podczas jednego z ostatnich fundraiserów na rzecz Mitta Romney'a, który odbył się kilkadziesiąt godzin po przegraniu przez niego wyborów w Minnesocie, Missouri i Kolorado, zaprzyjaźnieni lobbyści otwierali szeroko portfele, bowiem aby spotkać się z kandydatem musieli obiecać wpłacenie na jego konto ponad 10 tysięcy dolarów.

 

Obiady i spotkania na cześć kandydata to tradycyjny sposób zbierania funduszy. Z tej tradycji nieco wyłamał się cztery lata temu Barack Obama, którego sztab chwalił się, że większość zebranych pieniędzy pochodziła od 'zwykłych' ludzi, którzy wpłacali na konto kampanii niewielkie sumy. Według analizy Campaign Finance Institute (organizacja niezwiązana z żadną partią) 48% z zebranych przez Obamę w 2011 roku 118 milionów dolarów pochodziła z datków osób fizycznych, które ofiarowały na rzecz reelekcji prezydenta 200 dolarów lub mniej, a 98% zebranej sumy to były czeki na 250 dolarów lub mniej. Dla porównania – jedynie 9% funduszy zebranych w 2011 r. przez Romney'a pochodziło od ludzi wpłacających równo lub mniej niż 200 dolarów.

 

 

Ale kandydaci nie liczą tylko na tzw. 'small donors'. Mitt Romney spotyka się podczas mnie lub bardziej prywatnych obiadów i kolacji z finansistami i lobbystami, prezydent Obama woli środowisko show-businessu. W styczniu reżyser Spike Lee, który wspierał Obamę także w 2008 roku, zorganizował fundraising dinner w swoim nowojorskim mieszkaniu. Na kolacji pojawiło się ok. 60 osób, każda z nich zapłaciła za tę możliwość 38.5 tysiąca dolarów. Tyle samo (maksymalna kwota, jaką może wpłacić pojedyncza osoba na rzecz kampanii) trzeba było zapłacić za niedawną kolację z prezydentem w waszyngtońskim domu lesbijskiej pary Karen Dixon i Nan Schaffer. Pojawiło się w nim ok. 40 osób, a fundraiser przyniósł kampanii re-elekcyjnej więcej niż 1.4 mln dolarów. Inny ekskluzywny wieczór, który też powinien zaowocować sporymi sumami przekazanymi na rzecz prezydenckiej kampanii, odbędzie się 1 marca w Nowym Jorku, a wśród organizatorów są między innymi projektantka Tory Burch i designer Michael Kors, a także producent filmowy Harvey Weinstein. Cena biletu wstępu? Od 10 tysięcy dolarów w górę.

 

 

Na tle Romney'a i Obamy pozostali kandydaci pozostają daleko w tyle. Mitt Romney w 2011 zebrał 56 milionów dolarów, połowę tego, co Obama, ale też dużo więcej niż pozostali kandydaci republikańscy – na przykład na rzecz kampanii Ricka Santoruma w całym 2011 zebrano jedynie 2.1 mln dolarów. 

 

 

Jednak prawdziwe żniwa dopiero się zaczną – urzędujący prezydent ma przewagę nad swoimi republikańskimi kontrkandydatami – zbiera bowiem już na swoją kampanię prezydencką. Romney, Santorum, Gingrich i Paul wciąż wydają pieniądze walcząc o nominację GOP. Czy kampania 2012 ma szansę pobicia rekordu z 2008? Podczas kampanii cztery lata temu wszyscy kandydaci wydali razem ponad 5 miliardów dolarów (dokładnie 5.3 mld), o ponad miliard więcej niż w 2004 roku.

 

 

foto: printscreen strony prezydenta Obamy do zbierania funduszy online.