Sojusz Lewicy Demokratycznej jest dziś w najcięższej sytuacji od czasu afery Rywina.

 

Partia, która sprowadziła na świat więcej premierów niż PO, PiS i PSL razem wzięte w 2012 rok weszła w fatalnej kondycji. Tak fatalnej, że zasadne staje się sprawdzanie w Internecie każdego ranka, czy ta partia jeszcze żyje. Ostatni CBOS (4 proc.!) sugeruje nawet, że już nie.

 

Zbyt łatwo jest tłumaczyć śmierć kliniczną SLD Ruchem Palikota i fatalną kampanią wyborczą. To już wszystko wiemy. Dziś trzeba przede mówić o czymś innym – jeśli po śmierci widać jakieś światło w tunelu, dla lewicy nazywa się ono Leszek Miller. Trudno to jednak uznać za dobry znak. Nie wtedy, gdy przewodniczący klubu sejmowego ma obecnie jeden cel – zapewnić sobie szefostwo Sojuszu na kwietniowym zjeździe. I gdy zależy mu na osłabieniu już nawet nie najważniejszych, ale jakichkolwiek konkurentów.

 

Dlatego bez żenady Miller z SLD zrobił partię faktycznie jednoosobową (rzecznik Dariusz Joński nie do końca się liczy). Grzegorz Napieralski nie istnieje. Katarzyna Piekarska nie istnieje. Wojciech Olejniczak nie istnieje. Ryszard Kalisz istnieje tylko w TVN24.

 

Miller osobiście lub ustami Jońskiego firmuje i prezentuje tak najważniejsze, jak i mało ważne kroki Sojuszu. Działa jak czarna dziura, która pochłonęła wszystko wokół. Przekroczenie progu wyborczego w nie tą stronę co trzeba dowodzi, że czarna dziura mogła zacząć pochłaniać samą siebie. W tej sytuacji odpowiednie rozegranie kryzysu lekowego czy sprawy ACTA to wyzwanie z innej galaktyki.

 

Oczywiście doświadczony Miller wie, iż na odbudowanie SLD ma jeszcze prawie całą kadencję. Ale wpędzanie własnej partii w śmierć kliniczną przed wyborczym zjazdem już teraz brzmi jak jeden z punktów oskarżenia na procesie z 2015 roku o oddanie całej lewicy Januszowi Palikotowi.