MIGALSKI: Wygrani i przegrani polskiej polityki 2015

WYGRANI

Jarosław Kaczyński – został królem Polski. Sam się zresztą koronował. Wygrał wszystko, co było do wygrania.

Andrzej Duda – z drugoplanowego polityka partii opozycyjnej na początku 2015 roku, stał się głową państwa. Trochę dzięki swoim umiejętnościom, trochę dzięki słabości głównego przeciwnika, trochę dzięki dobrej pracy jego zespołu. Ale głównie dzięki kaprysowi króla.

Paweł Kukiz – najpierw trzeci w wyścigu prezydenckim, z oszałamiającym wynikiem prawie 21%, a potem – co było sztuką jeszcze większą – wprowadzający do sejmu trzeci pod względem siły klub poselski. Biorąc pod uwagę, jaki groch z kapustą ma w głowie, ile razy pokłócił się ze swoimi współpracownikami, jak znaczące błędy popełnił, jest to dowód na istnienie cudów w świecie.

Beata Szydło – została premierem także z kaprysu króla, ale także, by udowodnić, że każdy (literalnie każdy) może być premierem kraju.

Ryszard Petru – mało kto dawał mu jakieś szanse, ale zamieszkanie na stałe we wszystkich mediach naraz oraz cudowne rozmnożenie kasy na setki i tysiące billboardów, przyniosło skutek w postaci przekroczenia (i to znacząco) progu 5%. Pomogła ( i pomaga) mu także mizeria PO, ale wygląda na to, że facet osiągnie lepsze efekty jako polityk, niż jako analityk giełdowy zachwalający pod niebiosa dobrodziejstwa zaciągania kredytów we frankach.

Grzegorz Schetyna – strategiczna rezerwa PO, która okazała się jedynym wyjściem z mizerii, którą ta partia stała się po wielu latach przywództwa Donalda Tuska. W samej końcówce roku okazało się, że wszyscy jego konkurenci w biegu po szefostwo partii potknęli się i przewrócili. Z polityka najbardziej komplementowanego przez PiS, stanie się już wkrótce najbardziej znienawidzonym. Ale chyba się z tego powodu nie rozpłacze.

PRZEGRANI

Ewa Kopacz – najgłośniejszy upadek 2015 roku. Rok temu była szefową rządu, dziś jest tą, która przegrała z Neumanem, lub Nejmanem, albo jakoś tak.

Bronisław Komorowski – może to jednak on spadł z najwyższego stołka i może to jednak jego upadek był najgłośniejszy? Głowa państwa, polityk o 70-procentowym poparciu, ucieleśnienie ideału jowialnego i dobrodusznego prezydenta. To rok temu. Dziś przegrany frustrat, zaiwaniający żyrandol ze swojej byłej kancelarii.

Leszek Miller – 12 miesięcy temu szykujący się do funkcji wicepremiera we wspólnym rządzie z PO (albo do sprawowania godności marszałka sejmu – bo mniej pracy i więcej prestiżu). Ale na przestrzeni zaledwie kilkudziesięciu tygodni popełnił dwa fatalne błędy, które już na zawsze wyeliminowały go z polityki – najpierw zakochał się politycznie z Magdalenie Ogórek, a potem w idei Zjednoczonej Lewicy. Żelazny kanclerz utonął, bo korek do jego pontonu wyciągnęła Ogórek, a siedzącemu obok Palikotowi nie za bardzo chciało się wiosłować.

Janusz Piechociński – rok temu wicepremier. Obecnie aktywny twitterowicz.

Janusz Korwin-Mikke – po sukcesie w wyborach do Parlamentu Europejskiego wydawało się, że to on będzie twarzą polskiego populizmu. Ale wyborcy populistyczni od jego twarzy bezwzględnego szowinisty i rasisty woleli bezmyślną twarz Kukiza. Musiało zaboleć.

fot. PiS