Ten tekst nie powstałby, gdybym nadal był posłem do PE i członkiem jego Delegaci ds. Kontaktów z Rosją. Nie powstałby, bowiem wówczas reprezentowałem Polskę i polskich wyborców, a to oznaczałoby, że zarzuty o ksenofobiczność i szowinizm tego artykułu mogłyby zaszkodzić mojemu krajowi i jego obywatelom. Dziś mogą zaszkodzić tylko mnie. Ale przez pięć długich lat pracy w Delegacji PE ds. Rosji dochodziłem powoli do bolesnej konstatacji, że nie ma już takiego narodu, jak Rosjanie.

Kim są zatem dzisiejsi mieszkańcy Federacji Rosyjskiej? To „PostRosjanie”. Prawdziwi Rosjanie zginęli na wojnach, zostali zakatowani na Łubiance, zamęczeni w łagrach. Ci, którzy przeżyli komunizm, uciekli z kraju. Zostali tylko PostRosjanie. Nie piszę „Nowi Rosjanie”, bo to nazwa zarezerwowana dla rozpasanej grupy nowobogackich, którzy rozpanoszyli się w największych miastach Rosji. Mnie chodzi o tzw. normalnych ludzi – to oni popierają Putina, chcą by na świecie się ich bano, lubią politykę twardej ręki, topienie Czeczenów w kiblach, ostry język KGB-owskiej elity… To z nimi możecie spotkać się w hotelach na całym świecie – piją od rana, walczą przy szwedzkim stole o każdy kawałek mięsa, śpiewają rzewne piosenki, biją się zaraz po ich wybrzmieniu.

U naszego wschodniego sąsiada nie ma już właściwie potomków Dostojewskiego czy Sołżenicyna. Są raczej wnukowie tych, których obaj geniusze opisywali w swoich więziennych pamiętnikach. Tylko oni przeżyli komunizm, który był dwa razy dłuższy, niż polski i dziesięć razy okrutniejszy. Tylko oni byli w stanie znieść opresje, dostosować się do kolejnych czystek, przeżyć w najbardziej podłych warunkach bytowych. Ich zdrowy instynkt przetrwania dawał im siłę, by kosztem słabszych zapewnić sobie przeżycie. Prowadził ich bezbłędnie przez zakręty krwawej historii ZSRR, pozwalał wyczuć nadchodzące zagrożenia, złożyć hołd temu, kto akurat w tym momencie decydował o ich życiu bądź śmierci.

Tych Rosjan, których znamy z dramatów Czechowa, z poezji Jesienina czy piosenek Wysockiego, już nie ma. Zginęli. Nie przetrwali. Na manowce zawiodły ich poczucie smaku, godność, pragnienie wolności i piękna. Nie potrafili wygrać walki na twarde łokcie, przegrali w kolejkach po zupę i kawałek mięsa. Nie umieli zawczasu ukryć ironicznego uśmieszku, zmarszczenia brwi, parsknięcia śmiechem pogardy. Owszem, gdzieś błąkają się ich potomkowie – przez pięć lat pracy w PE wielokrotnie zapraszałem ich do Brukseli i dawałem forum do mówienia. Nemcow, Czirikowa, Ponomariow, Kasjanow, Jaszyn, Kasparow… Z tym ostatnim, gdy przyjechał do mnie do PE zagrałem nawet w szachy (informacja dla dociekliwych – przegrałem). Ale wszyscy oni – wykształceni, prawi, odważni, otwarci, oczytani i dzielni – błąkają się na marginesie współczesnej rosyjskiej polityki. Jedynym z nich, który ma jako takie poparcie, jest Navalny – ale właśnie tylko dlatego, że czasami zdarza mu się warknąć na „czarnych”, napomknąć coś o wielkiej Rosji i rzucić mięsem. Tylko on jest akceptowany przez część „PostRosjan”.

A kto jest owych „PostRosjan” idolem? Oczywiście Putin. On najpełniej wyraża ich wizję świata, pogardę dla słabych, żądzę władzy, głód życia, ekspansjonizm i kult mocy. On i jego „siłowniki” naprawdę reprezentują to, co jawi się „PostRosjanom” jako ideał władców. Innych nie chcą, innymi pogardzają, inni są dla nich obrzydliwi. Jacyś demokraci, liberałowie, zapadniki – wszystko to w myśleniu „PostRosjan” przedstawiciele dawnego, miękkiego i wydelikaconego świata. Oni chcą Putina, bo tylko on spełnia ich wyobrażenie o władcy idealnym.

Dlatego błędem jest wciąż powtarzanie, że mamy na Wschodzie do czynienia z dobrym rosyjskim społeczeństwem i złym kremlowskim satrapą. Oczywiście, że wybory w Rosji są fałszowane. Oczywiście, że zabija się tam wolne media. Oczywiście, że władze robią wszystko, by utrudnić życie NGO-som. Ale nie można zaprzeczyć, że władza obecnej ekipy na Kremlu ma mandat społeczny. I polityka tej ekipy też ma ów mandat. Być może to zbyt śmiałe porównanie, ale tak, jak nie byłoby holocaustu i II wojny światowej bez poparcia polityki Hiltera przez miliony „zwykłych, dobrych Niemców”, tak nie byłoby obecnej polityki Putina bez wsparcia „PostRosjan”. Ani Hilter, ani Putin (przy zachowaniu proporcji w ocenie obu polityków) nie dochodzili do władzy i nie sprawowali jej wbrew woli swoich narodów. Dokładnie odwrotnie – mieli do tego silne poparcie w kraju.

Dlatego pamiętając o tych kilku, a może nawet kilkunastu, milionach Rosjan, którzy kojarzą nam się z Cwietajewą, Mandelsztamem, Puszkinem czy Sacharowem, musimy sobie dziś uświadomić – graniczymy dziś z państwem zamieszkałym przez „PostRosjan”. I prowadzącym politykę będącą konsekwencją tego, co działo się tam od 1917 roku. W tym czasie zniknął cały naród. Naród rosyjski. Jego miejsce zajął nowy – postrosyjski. Putin nie jest jego ojcem. Jest jego nieodrodnym synem. Bierzmy to pod uwagę prowadząc naszą politykę wschodnią. Inaczej będzie ona nieskuteczna. A tego nawet Rosjanie nie mogliby nie wykorzystać. Nie mówiąc już o „PostRosjanach”.